Dzisiaj w maratonie jestem na 04:04:48

11 października 2014.

To był dzień pełen emocji, znaków zapytania i ciężkiej walki na trasie. Dzień, na który czekałem od czerwca, gdy zdecydowałem się na start w 29. SPAR Budapest Maraton. Był to również dzień, o którym myślałem wykonując kolejne jednostki treningowe, mozolnie budując formę biegową. Wielokrotnie odtwarzałem go w myślach wyobrażając sobie, jak będzie wyglądał start, sam bieg oraz finisz. W myślach ukończyłem ten maraton przynajmniej kilka razy.

Przyznam jednak, że nigdy nie wizualizowałem sobie tak słonecznego dnia, jak ten dzisiejszy. Może podświadomie wypierałem z myśli taki scenariusz mając w pamięć, że dotychczas w biegach, które odbywały się w pełnym słońcu moja forma była daleka od optymalnej. Po prostu nie lubię biegać w wysokich temperaturach i tyle. Nie biegłem jeszcze maratonu w totalnym upale, w kwietniu Paryżu fakt, było ciepło, ale jednak nie aż tak, jak dzisiaj w Budapeszcie. 

Już od samego rana pogoda w stolicy Węgier była znakomita np. do zwiedzania, albo...suszenia prania :) Ale dla niektórych, w tym mnie, do biegania już niekoniecznie. Z uwagi na fakt, że w związku z wyborami samorządowymi na Węgrzech maraton został przeniesiony z niedzieli na sobotę - organizatorzy zdecydowali się dać szansę na dotarcie do Budapesztu tym, którzy np. mieli poranne loty. Dlatego start biegu zaplanowano na godzinę 11:00. Miało to swoje dobre strony - np. dłuższy sen i niestety złe np. wyższa temperatura już w momencie startu.

Szybka pobudka po 7:00, podziwianie wschodu słońca nad Parlamentem, kawka, kompletowanie wszystkich rzeczy niezbędnych na maraton, śniadanie w hotelu i zbiórka z resztą grupy na dole po 9:00. Tam spotykamy się m.in. z dziennikarzami i blogerami z Walii, Szwecji, Brazylii, Rumunii oraz z Przemkiem Walewskim z portalu wszystkoobieganiu.pl (ten szeroki uśmiech u niego to również dlatego, że uwielbia biegać w wysokich temperaturach - w Budapeszcie dobiegł do mety w 2 godziny i 58 minut!)

Przemek Walewski w lepszym humorze ode mnie, on lubi biegać w wysokich temperaturach
Szybko transferujemy się do strefy startu dwoma liniami metra - nową M2 i starą dość klaustrofobiczną linią M1. Wszystko na dużym komforcie czasowym, bez niepotrzebnego pośpiechu i stresu. Przed startem rozmawiam jeszcze z Attilą Szoo z teamu Budapest Maraton o imprezie - dowiaduję się, że na starcie maratonu stanęło 165 Polaków, co oznacza, że byliśmy pod względem liczby uczestników 4 narodowością na tym biegu! Całkiem nieźle, prawda? :)

Z Attilą Szoo przed linią startu maratonu (fot. Sylwia Arasiewicz-Dulnik)
 Przede mną 42,195km, podobnie jak przed moją żoną, Sylwią. Tyle, że ja pokonam je na nogach, a ona jadąc z motocyklistą wzdłuż trasy :) Fajna sprawa, jeszcze nie miałem nigdy dedykowanego fotografa na biegu, pomyślałem więc, że tym bardziej głupio będzie dać plamę podczas biegu w Budapeszcie. Startowałem z pierwszej strefy, do której wstęp mieli biegacze celujący w czas 3:10 i mniej.

Minuty przed startem! (fot. Sylwia Arasiewicz-Dulnik)
Prowadziłem przygotowania do tego startu z myślą o wyniku 3:05-3:10 i całkiem realnie myślałem o takim rezultacie aż do 21 września, gdy podczas treningu dopadła mnie kontuzja mięśnia gruszkowatego. Wyłączyło mnie to z biegania praktycznie do samego maratonu, truchtanie w tygodniu przed wylotem do Budapesztu było raczej próbą powrotu do ruchu, nie było ani miejsca, ani czasu na wykonywanie jakichkolwiek treningów jakościowych. Szczerze powiedziawszy, to nie miałem pojęcia, jak spisze się noga, czy ból będzie doskwierał, czy się w ogóle pojawi, a jeśli się pojawi, to kiedy. Dlatego stojąc na starcie maratonu miałem niezły mętlik w głowie dodatkowo spotęgowany rosnącą temperaturą powietrza. Start miał ciekawą oprawę za sprawą bębniarzy, którzy coraz szybciej wystukując rytm dawali znać, że zbliża się TEN moment. Punkt 11:00 na ulice Budapesztu ruszył Maraton.

Postanowiłem pobiec w miarę spokojnie pierwszą część dystansu utrzymując tempo 4:25-4:30 i po 30 kilometrze ruszyć do przodu. Myślę, że analizując zapis Endomondo można w sumie uznać, że ten plan wykonałem poza jakimiś pojedynczymi wyskokami do przodu. Na 10 km dotarłem w 44 minuty i 55 sekund, na 21km byłem w 1 godzinę i 34 minuty od rozpoczęcia biegu. 

Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam, gdy trasa prowadzi przez mosty :) (fot. Sylwia Arasiewicz-Dulnik)
Na trasie spotkałem kilku Polaków, którzy bardzo chwalili sobie trasę i organizację, ale jako że jesteśmy w końcu z Polski, to sobie trochę ponarzekaliśmy na pogodę :) Przez 4 kilometry biegłem również z Dave'em  z Walii z naszej grupy mediowej, który celował w 3:10. 

Mniej więcej około 13 km dobiegłem do Piotrka ze Szczecina, doświadczonego biegacza, który potrafił trzymać w miarę stałe tempo w okolicach 4:25-4:30. Poza tym, jak się okazało, w zeszłym roku Piotrek złamał 3h w maratonie, ale w Budapeszcie biegł właśnie na 3:10. I tak sobie biegliśmy równo do mniej więcej 20km, gdy mój towarzysz strudzony słońcem jednak opadł z sił i poradził mi, abym biegł do przodu jednak nie szarżując zbytnio. Przede mną w końcu było jeszcze tych 10km, które dzielą biegaczy od finalnej rozgrywki na maratonie. 

Ten kolega z lewej też Polak, z prawej w koszulce z napisem POLSKA - Piotrek ze Szczecina (fot. Sylwia Arasiewicz-Dulnik)
I tak sobie biegliśmy przez chwilę w większej grupie (fot. Sylwia Arasiewicz-Dulnik)
Dalej biegłem zatem sam, co jakiś czas widząc Sylwię na motocyklu dopytującą, czy wszystko jest OK. Na półmetku dostałem od niej żel energetyczny, który postanowiłem zjeść w okolicach 30km. 
Po 21km mimo narastającego upału było OK, ale jak się okazało mniej więcej na 26 km zaczęły się schody. Tempo mojego biegu zaczęło coraz bardziej spadać, a od 31 km było już dla mnie pewne, że w sobotę w Budapeszcie na pewno nie nabiegam nowego rekordu życiowego na dystansie 42,195km. Żel oraz izotoniki niestety nie były w stanie dzisiaj wykrzesać ze mnie więcej mocy.

Jak zareagowałem na taki obrót spraw? 

Hmm pamiętam, że w Paryżu w kwietniu dużo gorzej przyjąłem to zderzenie ze ścianą i własną niemocą. Tam poleciałem po dobry wynik, możliwie najbliżej magicznych 3 godzin. Tutaj, w Budapeszcie realia były jednak inne. Moja forma dla mnie samego było wielką niewiadomą i szczerze powiedziawszy to wlekąc nogę za nogą z przerwami na odpoczynek najbardziej byłem zadowolony z tego, że mój przeciążony 3 tygodnie temu mięsień spisuje się znakomicie! Serdeczne podziękowania należą się Szymonowi Warzosze z FizjoComplexu, który postawił mnie na nogi w nieco ponad 2 tygodnie!

Postanowiłem nie koncentrować się na własnym cierpieniu i urażonej ambicji, tylko chłonąć atmosferę maratonu, przepiękne widoku obu stron - Budy i Pesztu oraz dziękować wielu bezimiennym kibicom za ich gorący doping. Co chwilę słyszałem na trasie jedno słowo: "Harja!" - co po węgiersku oznacza "Naprzód!". Podobnie jak w Paryżu, gdzie po całej trasie niesie się wyrażenie "Allez, Allez!"

Atmosfera tego biegu była niesamowita - wśród nas biegli również uczestnicy sztafety maratońskiej, biegu na 30km oraz na 7km. Można zatem przyjechać do Budapesztu większą grupą, bo każdy z pewnością może znaleźć tutaj dystans odpowiedni dla siebie. 

Warto podkreślić doskonałe zaopatrzenie stref żywieniowych - nie brakowało nigdzie wody, izotoników, owoców, a od 34 km w strefach był również magnez w płynie oraz...odgazowana Coca-Cola! Nie spotkałem się jeszcze z takim napojem na trasie stąd moje zdziwienie było spore, ale w sumie to skuteczny pobudzacz eneregii na maratonie używany przez wielu biegaczy, więc...czemu miałby nie znaleźć się w strefie z napojami :) Obsługa tych stref była bardzo sprawna i uśmiechnięta. Nie będę utyskiwał na brak kurtyn wodnych - to w końcu maraton i trzeba być gotowym na każde warunki.

To się nazywa fachowo podany żel :) (fot. Istvan, motocyklista :) )
I tak sobie szurałem do mety rozmyślając o tym, jak wiele pracy mnie czeka, aby wzmocnić górę, elastyczność mięśni, rozciągnąć je i zbudować bazę pod sukcesy w przyszłym roku :) Oczywiście po drodze zabrałem się jeszcze na chwilkę z Piotrkiem, który tak jak przeżywał spory kryzys, ale widać nie tak duży jak ja, bo poszurał znacznie szybciej ode mnie do mety.

Nie powiem, że meta pojawiła się znienacka - długo wyczekiwałem na widok jej i ostatnich 100 metrów. Już na ostatnich 2 kilometrach - bardzo wielu kibiców, którzy głośno zachęcali do szybkiego finiszu. Oczywiście w takiej sytuacji nie da się nie przyspieszyć! Finiszowałem w tempie chyba nawet poniżej 5min/km. Dodatkowej mocy dostałem słysząc, jak spiker zapowiada, że Marcin Dulnik z Polski zbliża się do mety :) Na moim zegarku czas zatrzymał się po 4 godzinach 4 minutach i 48 sekundach. Tak zakończył się dla mnie ten drugi i ostatni w tym roku maraton.

Ten maraton kosztował mnie sporo sił...(fot. Kasia Knapek)


Ale będę żył! (foto. Kasia Knapek)
 Po biegu odebrałem medal oraz reklamówkę z całą masą produktów od sponsora maratonu, czyli sieci marketów SPAR - napoje, w tym bezalkoholowe piwo, batoniki, jakieś rzeczy do pochrupania a nawet sos do sałatek Globus :) Do tego obowiązkowa folia, aby się zbytnio nie wychłodzić i już byłem gotów do położenia się na trawce :)


Szybko spotkałem się z Sylwią, która również była pod wrażeniem organizacji maratonu i szczerze współczuła nam rywalizacji z kilometrami w pełnym słońcu. Po biegu, podczas posiłku spotykamy Radu - blogera z Rumunii, który w Budapeszcie debiutował na dystansie maratonu, a jeszcze rok temu ważył 20kg więcej i nie był w stanie przebiec nawet kilometra! Organizujemy sobie naprędce sesję zdjęciową z bramą mety w tle, po czym udajemy się do hotelu.
Po odświeżeniu się lądujemy w teatrze tańca na pokazie węgierskiego tańca ludowego. Oj wywijały chłopaki na scenie, że aż miło :)

Podsumowując ten sezon w maratonie nie sposób nie zauważyć, że w tym roku nie zrobiłem progresu na tym dystansie. Jest raczej regres, i to solidny - z 3:14:34 w zeszłym roku w Berlinie, do 4:04:48 w październiku w Budapeszcie. Ale...nie załamuję rąk - wiem, co poszło nie tak, jakie popełniłem błędy. Wierzę, że w przyszłym roku będzie lepiej, wszystko w moich nogach i w głowie.

Oczywiście chciałbym wszystkim polecić start w Budapeszcie. To fantastyczne miasto i fantastyczna impreza - jeśli chodzi o trasę, dla mnie numer 1 spośród tych, które pokonałem dotychczas! Jeśli chodzi o pogodę, bez obaw - słyszeliśmy od organizatorów, że taki upał jak w sobotę był jednak anomalią pogodową. Zwykle temperatura w październiku oscyluje w granicach około 15 stopni, a np. w weekend poprzedzający maraton było 10 stopni i padał deszcz!

Nie wykluczam, że powrócę tutaj, żeby rozliczyć się z tą trasą i pokazać, że jestem biegaczem z aspiracjami w okolicach 3:10 - ale dzisiaj z pokorą przyjmuję werdykt maratonu - jestem na 04:04:48 i taki jest fakt.

Ściskam Was mocno, bardzo dziękuję za trzymanie kciuków i słowa sympatii. Bardzo pomogły mi w trudnych chwilach na trasie. Chciałbym również gorąco podziękować mojej Żonie Sylwii za wyrozumiałość dla mojej pasji, znoszenie moich treningów i oczywiście wsparcie na trasie. Kochanie, jesteś najlepsza!

Podziękowania za plan i opiekę również dla Jacka Gardenera - trenerze - jedziemy dalej z przygotowaniami do maratonów w 2015 roku!

Trzymajcie się! Powodzenia życzę zwłaszcza tym, którzy dzisiaj powalczą na trasie Poznań Maraton!

Rozmowa

  1. Zbyt dużo czynników się nie zgrało w czasie aby myśleć o atakowaniu 3:10, ale warto pokazywać, że hasło "cieszyć się biegiem" to nie tylko pusty slogan. A Ty to dziś pokazałeś :) Brawo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Po przeczytaniu relacji mniej żal mi, że z Wami nie pojechałem. Wysokie temperatury znoszę jeszcze gorzej od Ciebie, więc pewnie nie dobiegłbym do mety. Pamiętam katorgę na półjurajskim w temp >30 st.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kicław, było piekielnie gorąco momentami, ale myślę, że jakoś byś dotarł do mety :) Po prostu szuralibyśmy sobie razem do mety :) Na szczęście na grudniowych Mikołajach w Toruniu będzie duuuużo chłodniej!

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo bliska mi relacja... Też właśnie biegłem w ubiegłą sobotę w tym pięknym mieście. 03:45 - tyle mi się marzyło i czułem, że na tyle jestem gotowy. Plan zrealizowany prawie w 100%. Wszystko było temu podporządkowane. Niestety, nie udało się. Dzień wcześniej przyjechałem z Poznania po ponad 10- godzinnej podróży z żoną i synkiem. Od rana już coś przeczuwałem ( a bliżej prawdy będzie chyba, że odczuwałem zmęczenie podróżą. Stanąłem na starcie i rozpocząłem bieg wcześniej ustalonym tempem 5:20/km. Nie czułem mocy, tętno wysokie. Biegłem jednak mimo wszystko. Na połówce zameldowałem się z czasem tylko nieco gorszym od zakładanego. I wtedy zaczął się dramat, który już tylko się pogłębiał.Pierwszy raz myślałem aby zejść z trasy. Odrzuciłem jednak tą myśl maszerując do przodu. Od 26 km do mety to już marsz-trucht-marsz-trucht. W bólu i mękach dotarłem do mety z czasem 04:28. Byłem strasznie zawiedziony, zły. Nie chciałem nawet przyjąć medalu, stwierdziłem, że na niego nie zasłużyłem. Dlatego przyjemnie czyta się Twoją relację - pomimo niezrealizowanego celu potrafiłeś się cieszyć biegiem! Mi się to nie udało. Byłem załamany. Odbiłem sobie na szczęście pięknym pobytem w tym cudownym mieście z rodziną. Z perspektywy tych kilku dni wiem, że dobiła mnie oczywiście pogoda i ta podróż... Rozgrywam ten bieg w głowie jeszcze cały czas - co można było zrobić lepiej. Trudno, nie udało się. Najgorzej, że trzeba teraz czekać do wiosny... Pozdrawiam serdecznie!
    Adam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Adam!

      Dzięki za podzielenie się Twoimi przeżyciami z Budapesztu! Zdecydowanie w Twoim przypadku zmęczenie podróżą odegrało tutaj kluczową rolę - dodatkowo ten upał, który tak bardzo odbierał siły...Oj nie dopisało nam szczęście. Weź pod uwagę, że startowaliśmy o 11:00 - na półmetku mogłeś być jak się spodziewam ok 12:40. Strasznie już wtedy grzało - jak nałożysz na to zmęczenie pierwszą częścią dystansu oraz podróżą to konsekwencją tego mogło być właśnie to, co się wydarzyło...

      Znam dobrze tą sportową wściekłość i niechęć do odebrania medalu. W kwietniu w Paryżu marzył mi się czas w okolicach 3 godzin a dotarłem w mękach na 03h 21mn - ależ byłem wtedy zły...na siebie, na okoliczności biegu itd. Trudno było mi się po tym podnieść. Ale to mnie również nauczyło, że bieganie to nie tylko wynik i czas na mecie. To również chwila, która trwa - chwila spędzona w przepięknym mieście, w gronie osób, które dzielą taką samą pasję, które biegną z różnym bagażem doświadczeń i intencji.

      W sobotę odbierając medal poczułem, że zapracowałem na niego bardzo mocno. Dałem z siebie wszystko, a że wystarczyło to na 04:04:48? Cóź, przed nami jeszcze wiele maratonów!

      Najbardziej boli mnie dokładnie to co Ciebie - kolejny start za pół roku! Ale jednocześnie to czas na wyciągnięcie wniosków i pracę nad sobą. Zobaczysz, wrócimy mocniejsi!

      Trzymaj się, do zobaczenia na biegowych ścieżkach!
      Marcin

      Usuń
  5. Wybieram się właśnie do Paryża w kwietniu. Jaka jest Twoja opinia o tym biegu, trasie? Jak ją postrzegasz? Przeraża mnie trochę ilość uczestników... Obawiam się tego czy nie jest za ciasno na trasie?
    Pozdrawiam
    Adam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Adam, bez obaw! Paryż to dobry wybór!

      Organizacyjnie wszystko jest dopięte na ostatni guzik - piękna trasa, sporo kibiców, fajny klimat. Nie martw się liczbą kibiców - startujemy w grupach podzielonych na strefy, ja biegłem wśród biegaczy 03:10:00 i na żadnym etapie trasy nie było ścisku czy też "wąskich gardeł". Punkty odżywcze częste i dobrze zaopatrzone. Jedyna rzecz, która mnie zaskoczyła to fakt, że woda była wydawana w buteleczkach 0,3l, a nie kubeczkach. Nie bardzo potrafiłem pić z takiej buteleczki małymi łykami, trochę za dużo wtedy wlałem w siebie wody...

      Co ciekawe, mimo że do tej pory pokonałem 7 maratonów - to tylko w Paryżu dostałem koszulkę z napisem FINISHER na mecie. Fajna sprawa, gdy masz pewność, że taką koszulkę mają tylko Ci, którzy pokonali 42,195km :)

      Paryż o dla Ciebie jedyna opcja? Czy jeszcze rozpatrujesz jeszcze jakąś lokalizację?

      Usuń
    2. Jestem już zapisany (z możliwością rezygnacji jakby wyszły jakieś niespodziewane okoliczności). Mam jednak nadzieję, że nic mi nie stanie na przeszkodzie. Na tą chwilę więc nie myślę o innym biegu. Wtedy ewentualnie pozostanie jakiś polski maraton wiosenny...
      Wczoraj zarejestrowałem się do losowania do Berlina na wrzesień.
      A Ty już masz jakieś plany przyszłoroczne?

      Usuń
    3. W przyszłym roku chciałbym wystartować w Berlinie na jesieni, a na wiosnę w innym mieście, też na literę B. Ale jeszcze nie jestem do końca zdecydowany :)

      Usuń
  6. Nieźle Cię upał zmasakrował. U mojego męża było podobnie - celował w 3:45, dotarł po 4 godzinach i 21 minutach. Od samego początku miał bardzo wysokie tętno. Też obstawiamy, że oprócz upału swoje dołożyła podróż (małżonek prowadził całą drogę). Ale Budapeszt ładny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak! Budapeszt przepiękny! Trudno było w tym upale utrzymać tempo biegu...Zdecydowanie warto odpocząć przed każdym startem na dystansie 42,195km, zawsze mam z tym problem, gdy start jest w niedzielę, my przyjeżdżamy gdzieś w piątek i...zwiedzamy...zwiedzamy...zwiedzamy :)

      Usuń

Idealne miejsce na Twój komentarz!