Moje bieganie w sezonie 2014

Bieg Niepodległości 2013 - biegnę po mój aktualny rekord na 10 km - 39:33
Już jutro Bieg Niepodległości – start, którym w poprzednich latach kończyłem sezon biegowy. W tym roku jest jednak inaczej, postanowiłem przeprowadzić 2 tygodniowe roztrenowanie w drugiej połowie października. Tym samym mój wtorkowy start będzie niejako pierwszym w nowym (starym) sezonie.  Zanim ruszę na trasę Biegu Niepodległości chciałbym dzisiaj podsumować moje występy w sezonie 2014.

Jaki to był dla mnie sezon?

Przygotowania do biegania w 2014 roku rozpocząłem na początku grudnia 2013. Trenowałem według planu ułożonego przez Jacka Gardenera. Łatwiej znosi się obciążenia treningowe, gdy postawi się przed sobą cel. Od samego początku byłem odpowiednio zmotywowany – miałem już zagwarantowane miejsce na liście startowej kwietniowego 39. Marathon de Paris, gdzie chciałem powalczyć o poprawienie mojej życiówki z Berlina (03:14:34).
Z góry i pod górę - taka jest Falenica! (fot. Dorota Świderska)
W grudniu pojechałem do Torunia na Półmaraton Św. Mikołajów, gdzie pobiegłem całkiem dobrze i lekko. Mój kolejny start, 14 grudnia w pierwszej edycji cyklu Zimowych Biegów Górskich w Falenicy zakończył się niestety kontuzją. Skręcenie stawu skokowego i 2 tygodniowa pauza wypadły akurat w święta – mimo świetnej pogody, mogłem wrócić na biegowe ścieżki dopiero w Nowy Rok. Skutki urazu odczuwałem jeszcze kilka tygodni, co jakiś czas ból pojawiał się i znikał. Rozpraszało mnie to dość mocno, ale przygotowania do startu w Paryżu trwały w najlepsze. 

Trenowałem przede wszystkim na swojej dzielnicy, ale od czasu do czasu pojawiałem się na treningach JacekBiega Running Team, gdzie zawsze można dostać solidny wycisk!

Przenikliwie zimno i wietrznie - tak było na Biegu Chomiczówki (fot. Dorota Świderska)
Sezon 2014 otworzyłem 19 stycznia startem w XXI Biegu Chomiczówki, gdzie pobiegłem na 2 dystansach. W trudnych warunkach, w porywistym wietrze i przy ujemnej temperaturze nabiegałem 20:25 w Pucharze Bielan (5km), a w biegu głównym na dystansie 15km dotarłem do mety z czasem 01:05:53. Taki wynik u progu sezonu mnie zadowalał i dawał nadzieję na szybsze bieganie w kolejnych tygodniach. Ponieważ trenowałem do  maratonu w Paryżu, który miał odbyć się 13 kwietnia z ciężkim sercem musiałem zrezygnować ze startu w mojej ulubionej połówce, czyli Półmaratonie Warszawskim odbywającym się tradycyjnie na koniec marca. Po prostu było już za późno na start na dystansie 21,097km. 

Szukałem innej połówki, odbywającej się wcześniej i…znalazłem odpowiedni bieg. 22 marca pojechałem z Maćkiem i Jaśkiem do Pabianic na IV Półmaraton ZHP. Potraktowałem ten start, jako generalny sprawdzian przed wiosennym maratonem. Na mecie byłem bardzo szczęśliwy, ponieważ ustanowiłem swój nowy rekord na dystansie półmaratonu! 01:27:57! Jasiek, który również szykował się do startu w Paryżu, również pobiegł na rekord, a Maciek tradycyjnie poprawił swój wynik. Tydzień później w Warszawie kibicowałem przyjaciołom w ich zmaganiom na połówce, a myślami byłem już w Paryżu na trasie Marathon de Paris…
Z Jaśkiem po Półmaratonie ZHP w Pabianicach
Dwa tygodnie minęły bardzo szybko i nadszedł czas na wylot  do stolicy Francji. Polecieliśmy silną ekipą, w skład której wchodziło 2 zawodników (ja i mój brat) i 3 osobowa grupa wspierająca (moja żona, Magda i Monika). Pełen nadziei czekałem na ten start, czułem że jestem w formie, że mam szansę na dobry wynik. Ustaliłem z Jackiem taktykę na bieg, która miała zapewnić sukces, tj. czas lepszy niż ten, uzyskany w Berlinie. Niestety tuż przed maratonem ten plan zmodyfikowałem mylnie sądząc, że jestem w dyspozycji, aby nabiegać jeszcze lepszy czas, w okolicach 3 godzin. Ruszyłem od początku mocno, trzymając tempo na 03:05:00 – w ferworze walki na trasie nie zauważyłem, że słońce świeci coraz mocniej…i mocniej…Po 30km, gdy powinienem przyspieszyć poczułem, że niestety tracę siły. O ostatnich kilometrach wolałbym zapomnieć. Czas na mecie 03:21:53 wstydu nie przynosił, ale byłem naprawdę wściekły na siebie.

Gdybym posłuchał trenera i lepiej to rozegrał…Ale czasu nie da się cofnąć, co najwyżej można wyciągnąć wnioski na przyszłość.  Lekcja z Paryża zostanie w mojej pamięci na długo.

Przed startem w Marathon de Paris
Po powrocie z Francji wystartowałem w warszawskim VI Biegu Dookoła ZOO, który odbył się 26 kwietnia. Liczyłem na dobry start i efekt superkompensacji po Marathon de Paris. Szybkie tempo biegu miało zapewnić towarzystwo moich biegowych rywali – Bartka i Pawła. Ruszyliśmy planowo szybko, z animuszem, czułem się świeżo i wydawało mi się, że jestem w stanie przebiec tego dnia 10 km szybciej, niż w 40 minut. Rzeczywistość okazała się jednak dość brutalna, w drugiej połowie dystansu moi koledzy mi odjechali, a ja doczłapałem do mety w 40:58, dużo poniżej moich oczekiwań. Ten start nie pomógł mi na pewno podnieść się po nieudanym maratonie. Podobnie słabo wypadłem podczas maratonu sztafet Ekiden – jako kapitan zespołu „Dream Team” nabiegałem 42:32 na dystansie 10km. Zespół był naprawdę jak marzenie, tylko ta forma jego kapitana była całkiem z innej bajki.

Bieg Dookoła ZOO - na zdjęciu jeszcze obok Bartka (w zielonej koszulce). Z kilometr lub dwa zobaczę jego plecy :(
Ponieważ dotychczas na długi majowy weekend wyjeżdżaliśmy z Warszawy, jakoś nie miałem okazji wystartować w Biegu Konstytucji tradycyjnie rozgrywanym na dystansie 5km. W tym roku zadebiutowałem w tym wydarzeniu rozpoczynającym Warszawską Triadę Biegową.  Długi majowy weekend, a pogoda tego dnia bardziej pasowała do listopada. Deszcz, wiatr…czyli to, co biegacze lubią najbardziej:) Biegło mi się nieźle, chociaż nie tak szybko, jakbym chciał. Czas: 19:54 – cieszyłem się, że złamałem 20 minut, ale byłem daleki od euforii.

W sezonie 2014 takich startów, po których czułem niedosyt było naprawdę wiele. Do tego nie wciąż nie opuszczał mnie pech. 31 maja wybrałem się do Lasu im. Jana Sobieskiego, aby pobiec w Pucharze Maratonu Warszawskiego na dystansie 10km. Niestety na samym starcie, na pierwszych 50 metrach zaliczyłem dość bolesny upadek. Znieczulony adrenaliną dobiegłem do mety, ale już wracając do domu wiedziałem, że coś jest nie tak.

Dwa dni później wylądowałem u lekarza, który stwierdził stłuczenie żeber. Oj długo trwało, zanim doszedłem do siebie po tym urazie, ból żeber nasilał się zwłaszcza wtedy, gdy chciałem biegać szybko. Dlatego moje czerwcowe starty – „na własnym podwórku”, w Rembertowie (20:00), Bieg Sulejówka (41:48) czy 2. Półmaraton Radomskiego Czerwca 1976 (01:32:08) na pewno nie mogłem zaliczyć do udanych. 
Runbertów 2014 - ostatnia prosta! (fot. Dorota Świderska)
Lepiej poczułem się w lipcu, wznowiłem treningi zmotywowany mocno myślą o starcie w 29. SPAR Budapest Maraton. Wybrałem ten maraton m.in. dlatego, że miał się odbyć w połowie października, chciałem mieć więcej czasu na przygotowania. Trenowałem sumiennie, realizując kolejne jednostki i przebiegając kolejne kilometry. 

Okazją do przetestowania formy był XXIV Bieg Powstania Warszawskiego. Jak zwykle było parno, jak zwykle było duszno, jak zwykle było gorąco. Ale lubię ten bieg, taką trasę, ten zbieg Karową i podbieg na Sanguszki. Nabiegałem 42:33 – wynik bardzo średni, ale zważywszy na warunki atmosferyczne i moment przygotowań nie robiłem z tego tragedii. 

W sierpniu zaliczyłem jeden poważny start, powróciłem po latach na trasę Półmaratonu Powiatu Zachodniego. Kameralna impreza, na bardzo wysokim poziomie organizacyjnym, gdzie możesz skupić się tylko na bieganiu. Trasę z Błoń do Borzęcina – dokładnie 21,097km pokonałem  w 01:28:37. Byłem bardzo zadowolony z tego startu, czułem, że wraca forma! Biegło mi się lekko, przyjemnie – pomyślałem, że może uratuję sezon dobrym wynikiem w Budapeszcie?

Jeszcze na początku września pojechałem do Piły, aby drugi raz z rzędu wystartować w Półmaratonie PHILIPS Piła i drugi raz z rzędu dobiec do mety w takim samym czasie: 01:29:25! To był naprawdę dobry start, pobiegłem równo i pewnie, mimo, że z nieba lał się żar. Ciekawe, czy w przyszłym roku w Pile znów pobiegnę na 01:29:25? :)

Pech jednak mnie nie opuszczał, solidnie przepracowany sierpień i połowa września zamiast świetnej dyspozycji na Węgrzech przyniosły…kontuzję. Przeciążenie mięśnia gruszkowatego, o którym tutaj na blogu już pisałem było jednym z powodów niepowodzenia podczas BudapestMaraton. Sezon 2014 zakończyłem startem w Kieleckiej Dysze meldując się na mecie w czasie 45:25 (dystans 10,8km).

Jaki był miniony sezon? Na pewno włożyłem sporo pracy w treningi i starałem się w każdym starcie dać z siebie wszystko. Wyniki pokazują jednak, że tylko w marcu w Pabianicach udało mi się pobić swój rekord życiowy. Przyznam, że wtedy w marcu pomyślałem, że jeśli tak otwieram sezon, to teraz tylko czekać aż padną kolejne rekordy! Okazało się jednak, że były to miłe złego początki.

EDIT: W Biegu Niepodległości w Warszawie nabiegałem nowy rekord życiowy na dystansie 10km - 39:27, a więc zamykam 2014 rok z dwoma nowymi życiówkami :) Obszerna relacja ze startu w Warszawie znajduje się TUTAJ.

Dzisiaj, u progu nowego sezonu mam pełną świadomość, że przede mną dużo pracy. Wiele treningów, podczas których muszę zadbać nie tylko o nogi. Core stability, siła, rozciąganie – to wszystko, co do tej pory odpuszczałem, teraz musi zyskać wyższy priorytet. Jeśli czegoś mogę sobie sam życzyć na ten nowy sezon to przede wszystkim zdrowia – jak najmniej upadków, jak najmniej urazów i powodów do odwiedzania fizjoterapeuty. A cała reszta to już efekt pracy na treningach

Motywacji do pracy na pewno mi nie zabraknie - zadbało to m.in. Jasiek bijąc na Maratonie Warszawskim mój rekord z Berlina o...1 sekundę. Teraz plan minimum na wiosenny maraton to 03:14:32 :)

Rozmowa

  1. Dużo było tych startów :) Będą i dobre wyniki. Trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, bardzo aktywny miałeś ten rok, a życiówki do pozazdroszczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Fakt, nie próżnowałem :) Lubię, jak jest dużo startów, część biegów to takie żelazne pozycje w moim kalendarzu biegowym. Chętnie wracam na dobre imprezy. Przyszły również zapowiada się aktywnie :)

      Usuń
  3. Fajny tekst, ale chyba się przetrenowałeś :-) Po ciężkich zawodach więcej odpoczynku, gimnastyki, urozmaiconego treningu- także górskiego i jazdy na rowerze w dni restowe :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Adam, dzięki za komentarz. Sądząc po rodzaju urazu to raczej nie przetrenowania tylko konsekwencje całkowitego odpuszczenia ćwiczeń stablizujących, siłowych - góra była dramatycznie słaba...Plan na ten sezon to zdecydowanie więcej pracy nad górą, joga, basen i będzie dobrze :)

      Usuń

Idealne miejsce na Twój komentarz!