Półmaraton Mikołajów w Toruniu - "zając" nie uciekł! Kilka uwag do organizatorów

Pierwsze chwile na mecie!
Mimo, że w niedzielę w Toruniu przebiegłem XII Półmaraton Św. Mikołajów o prawie 12 minut wolniej, niż mój rekord życiowy, to po dotarciu do mety odczuwałem niezwykłą satysfakcję. 

Jak to możliwe? 
Na pewno uczucie to jest znane tym biegaczom, którzy zdecydowali się na trasie biegu wejść w rolę "zająca", czyli biegacza, który pomaga w trzymaniu tempa na trasie biegu. W takim bieganiu to nie Ty jesteś najważniejszy i nie o Twój wynik chodzi, ale o zawodnika biegnącego w tempie, które dyktujesz. Bardzo ważne w tej sytuacji jest zaufanie biegacza do "zająca", że ten:
  1. nie ucieknie :)
  2. zaproponuje strategię biegu, która pozwoli efektywnie rozłożyć siły
  3. doprowadzi go do mety całego i zdrowego.
To oczywiście mocno uproszczony  opis oczekiwań biegacza względem pacemakera. Ale tak się akurat składa, że bieg w Toruniu był moją szansą na rehabilitację, po tym, jak w Biegu Niepodległości w Warszawie zawiodłem już w punkcie nr 1 ;)  Postanowiłem, że tym razem przyłożę się do roli "zająca" dużo lepiej!

Biegaczem, którego miałem prowadzić w Toruniu był Kicław, ten sam biegacz, któremu uciekłem 11/11 w stolicy. Oczywiście na początku mój zawodnik nie chciał nawet słyszeć o wspólnym biegu, ale w końcu jakoś dał się udobruchać i wystartowaliśmy razem. Plan Kicława na ten start to wynik poniżej 01:40:00. Założyliśmy jednak, że pobiegniemy na 01:36:00, ale wszystko i tak miała zweryfikować trasa i przebieg zawodów.

Zanim jednak przejdę do samego startu wcześniej napiszę słów kilka o samym wyjeździe. Był to mój drugi wyjazd do Torunia na Półmaraton Mikołajów. Podobnie jak w ubiegłym roku wyruszyliśmy do polskiej stolicy pierników w przeddzień imprezy, aby poczuć jej atmosferę i zapewnić sobie komfort czasu w dniu startu. W tym roku do Torunia wybraliśmy się taką samą ekipą, jak do Stawiska na II Noc STO-nogi, czyli w składzie Ewa, Kicław, Grzegorz i ja. Podróż autostradą z Warszawy minęła nam bardzo szybko, wykorzystałem ten czas na regenerację po piątkowym spotkaniu ze znajomymi :) Po dotarciu do Torunia szybko skierowaliśmy się do hotelu Ibis, który w całości opanowali biegacze! Wśród nich wiele znajomych twarzy :)  

Mikołaj Kopernik tym razem bez czapki :(
Po zameldowaniu się w hotelu od razu poszliśmy przywitać się z Mikołajem Kopernikiem, któremu w tym roku niestety poskąpiono mikołajowej czapeczki, w którą był przyodziany w zeszłym roku...Szkoda, bo ten zabawny gest pokazywał w fajny sposób więź mikołajkowej imprezy z samym Kopernikiem. Uważam, że taka sama czapka jak te, które znaleźliśmy w pakietach startowych należała mu się tym bardziej, że w tym roku startowaliśmy praktycznie spod pomnika, na którym stoi nasz słynny astronom. Powinien zatem wyglądać, jak jeden z nas!

Pokręciliśmy się trochę po niezwykle urokliwych staromiejskich uliczkach Torunia, Ewa zrobiła obowiązkowe zakupy toruńskich pierników oraz spontaniczne...wafelków "Teatralnych" o smaku cytrynowym, na szczęście w czekoladzie :) 

Postanowiliśmy posilić się nieco przed czekającym nas niedzielnym startem. Podobnie jak w zeszłym roku wylądowaliśmy w pizzerii Metropolis, w której podają całkiem duże pizze :)

Pizza gigant!
Jak niektórzy z Was wiedzą, podobnie jak mój brat Grzegorz, jestem zdeklarowanym kibicem Korony Kielce. Dlatego po obiedzie Kicław i Ewa wrócili do hotelu, a my postanowiliśmy się rozejrzeć po Toruniu za lokalem, w którym można obejrzeć mecz polskiej Ekstraklasy. Wcześniej zrobiliśmy rozeznanie i od razu trafiliśmy do właściwego pubu, ale okazało się, że niestety w Toruniu znacznie więcej osób było zainteresowanych oglądaniem rozgrywek angielskiej Premier League, niż pojedynku między Pogonią Szczecin a Koroną Kielce...Odwiedziliśmy jeszcze 2 inne puby, ale szybko zrozumieliśmy, że tego meczu raczej nie obejrzymy. 

Wracając do hotelu Grzegorz skontaktował się z Magdą, która prowadzi bloga Strong & Fit Women i okazało się, że możemy spotkać się w miłym towarzystwie na kawie. Magda wcześniej umówiła się na z Markiem, blogerem redagującym bloga TrzymamTempo. Spontanicznie wybrany lokal, do którego trafiliśmy we czwórkę okazał się być wierną kopią salonu z serialu "Przyjaciele" :) Z Magdą i Markiem pogawędziliśmy trochę o życiu i oczywiście o bieganiu.

Na kanapie u "Przyjaciół" :) (fot. Marek Grzegory)
To było bardzo miłe spotkanie, po którym  ruszyliśmy z powrotem do hotelu, aby wspólnie z Kicławem i Ewą pojechać do Hali Bema po odbiór pakietów startowych. 

Co zawierały?
Oczywiście obowiązkową czapkę mikołaja, koszulkę techniczną z długim rękawem, opaskę odblaskową, numer startowy. Zaskoczeniem było to, że w pakiecie nie znalazły się toruńskie pierniki, z których w końcu słynie miasto-gospodarz biegu Mikołajów. Zamiast tego w reklamówce znaleźliśmy parę batoników oraz...krówkę. Ciekawe :)

Sesja w czapkach Mikołajów! (fot. Grzegorz Dulnik)
Chwilę się powygłupialiśmy podczas pierwszej sesji zdjęciowej w mikołajowych czapkach, niestety synchroniczne wyskoki musimy jeszcze trochę potrenować! Strefa Expo na hali, w której zorganizowano Biuro Zawodów, dość uboga - kilka stoisk z odżywkami, poza tym widziałem stoiska SklepuBiegowego, adidasa oraz Mizuno. 

Po opuszczeniu biura zawodów postanowiliśmy zabezpieczyć prowiant na niedzielne, przedstartowe śniadanie. Trochę czasu nam zajęło zanim znaleźliśmy czynny sklep, w którym kupiliśmy pieczywo i oczywiście Nutellę :) Po tym już byliśmy gotowi, żeby dołączyć do Magdy, Łukasza i ich znajomych, którzy miło spędzali czas w Browarze Jana Olbrachta na Starym Mieście. Zaliczyłem efektowne wejście do lokalu - gdy chciałem podładować smartfona i włożyłem wtyczkę do kontaktu zrobiło się spięcie, w sali zgasła lampa i nastał półmrok...Piwo w tym browarze mają fajne, ale z instalacją elektryczną mogliby zrobić porządek!  Przed 23 byliśmy z powrotem w hotelu, a o 23 w łóżkach.

Strój obowiązkowy w Toruniu na 7 grudnia
Niedziela od rana na luzie, przygotowania sprzętu, ostatnie konsultacje, jak ubrać się, aby nie zmarznąć na starcie i nie ugotować się już na pierwszych kilometrach. Ostatecznie z Kicławem decydujemy się na 2 warstwy, co okazuje się strzałem w dziesiątkę. Jeszcze mamy dylemat, czy zakładać rękawiczki i ostatecznie wychodzimy z hotelu bez nich. Jeszcze nie doszliśmy do strefy startu a Kicław już narzekał, że mu w ręce zimno :)  Na starcie robimy sobie jeszcze pamiątkowe foto i ruszamy na małą rozgrzewkę.
Ostatnie chwile przed startem, jeszcze tylko rozgrzewka i...w drogę!


Mikołajowy tłum :)
W strefie zjawiamy się na 20 minut przed godziną 11:00, na którą zaplanowano start biegu. Wokół masa biegaczy ubranych tak samo, jak my. Wesoły, czerwony tłum w oczekiwaniu na start podejmuje próbę pobicia rekordu Guinessa w liczbie osób wykonujących jednocześnie pajacyki. 3500 biegaczy w tłumie próbuje wykonywać to ćwiczenie, choć w takim ścisku jest to prawie nie do wykonania. Podobno toruńska próba została zarejestrowana na kilku kamerach i zapis ma być poddany analizie, czy udało się wczoraj pobić dotychczasowy rekord 1800 osób jednocześnie wykonujących pajacyki :) Jeszcze dołączył do nas Łukasz, odprowadzony do strefy startowej przez Magdę. Kicław jeszcze przed startem wykorzystuje chwilę i pożycza od Magdy rękawiczki. Mięczak :)

Kicław w rękawiczkach Magdy
Ostatnie friendsie przed startem :)
Słyszymy wystrzał z armaty, w górę leci błyszczące confetti i ruszamy! Początek biegu jest bardzo trudny ze względu na śliską kostkę brukową oraz tłok na trasie. Wielu biegaczy nie wzięło sobie do serca apelu spikera o zajmowanie miejsca na starcie zgodnie z założonym tempem biegu. Skutek jest taki, że nasz bieg przez pierwszy kilometr przypomina bardziej Urban Game, niż start półmaratonu. Na ulicy, którą biegniemy zaparkowane były samochody, przeciskamy się między nimi, biegacze wpadają na siebie...Jeśli chodzi o organizację startu, myślę, że można było lepiej to zaplanować. Może start falami? I tak obowiązują czasy netto. Może warto wcześniej zadbać o przeparkowanie samochodów z trasy biegu?

Na szczęście z każdym kilometrem poprawia się komfort biegu, jest coraz więcej miejsca, można biec swobodniej. Na pierwszych dwóch kilometrach jednak wyraźnie straciliśmy sporo sekund, pierwszy kilometr pokonujemy w 05:15min/km, kolejny również w okolicach 5min/km. Wiem, że warto ruszyć wolniej, ale również wiem, że później bardzo ciężko na trasie urywać sekundy, gdy pojawia się zmęczenie. Pierwsze kilometry biegliśmy na sporym luzie, ucięliśmy sobie z Kicławem nawet pogawędkę na temat sytuacji geopolitycznej w rejonie Arktyki :) Stopniowo zwiększałem tempo biegu starając się, aby nie przekroczyć średniego tempa 04:35min/km. Oczywiście zdarzało się np. przy zbiegach, że tempo szybowało do 04:15min/km, o czym natychmiast informował Kicław pilnie obserwujący swój pulsometr.

Myślę jednak, że zaproponowane przeze mnie tempo nie było forsowne, biegliśmy raczej równym tempem. Skala trudności biegu wzrosła w lesie, ze względu na piaszczystą nawierzchnię oraz zbiegi i podbiegi. Widziałem, że Kicław nieźle się trzyma, pilnowałem żeby nigdzie mi nie zginął na trasie. Gdy w okolicach 15 km usłyszałem od niego, że biegnie trochę na granicy możliwości zarządziłem kilometr wakacji, zwolniliśmy do 05:15min/km, zjedliśmy żele, popiliśmy wodę i nabraliśmy sił na ostatnie kilometry. Na 16  km spotkaliśmy Olę Mądzik z PoraNaMajora, która dzielnie walczyła nie tylko z trasą półmaratonu, ale również kontuzją łydki. Olę poznaliśmy oczywiście po kolorowych gatkach od Nessi, w których biegła w Toruniu :) Chwilkę pogadaliśmy i popędziliśmy dalej.

Fotorelacja z trasy dzięki serwisowi FotoMaraton.pl


Umówiłem się z Kicławem, że od 18 kilometra ostro ciśniemy do mety i tak się właśnie stało. Zwiększyłem tempo na 18 km i pilnowałem, żeby Kicław nie został z tyłu, moje Endomondo na tym kilometrze zanotowało 04:25min/km, kolejne 2 kilometry wyszły trochę wolniej 04:36min/km i 04:32min/km ale ostatni kilometr znów poniżej 04:30min/km! Na ostatniej prostej trochę pokrzyczałem na Kicława chcąc dodać mu animuszu, ale myślę, że bez tego też pomknąłby do mety równie szybko! W końcu zameldowaliśmy się na mecie w czasach - ja 01:38:45, a Kicław 01:38:49. Cel został zrealizowany!01:40 złamane! Kicław ma nowy rekord życiowy na połówce maratonu!

Na mecie z herbatą, w plastikowych wdziankach
Kicław świetnie spisał się na tych ostatnich kilometrach. Utrzymał tempo i dobiegł do mety w czasie, który sobie założyliśmy. Zważywszy na trasę biegu oraz termin rozgrywania imprezy na pewno drzemie w nim spory potencjał na urwanie z tego niedzielnego wyniku jeszcze kilku minut. Wszystko w jego głowie i nogach :)

Czy spisałem się tym razem w roli "zająca"? Oddajmy głos Kicławowi:

Tym razem "zając" nie uciekł :) Jestę pacemakerę :)
Kilka uwag do organizacji XII Półmaratonu Św. Mikołajów
Na mecie organizatorzy serwowali herbatę z termosów (dla Ewy, która przybiegła na metę w czasie 02:02:38 już nie starczyło) a reszta cateringu była zorganizowana na hali. Trochę postaliśmy w kolejce i dostaliśmy chleb ze smalcem, zupę, pączka oraz herbatę. I tutaj pytanie do organizatorów: dlaczego na mecie nie otrzymaliśmy wody? Owszem można było ją otrzymać, ale...za pieniądze, podobnie jak piwo, za 5 złotych. Zdębiałem jednak słysząc, że jeśli chcę wodę to muszę zapłacić. Zwykle podczas startu nie mam przy sobie pieniędzy...Po przebiegnięciu półmaratonu chce mi się pić, herbata to jednak nie to samo, co woda, prawda? Nie można było niestety "wymienić" zupy, bułki, pączka czy chleba ze smalcem na wodę. Mój apel do organizatorów -  po starcie dużo bardziej potrzebujemy wody, niż chleba ze smalcem! Może warto to poprawić na przyszłość?

Wspominałem również wcześniej o tłoku na pierwszych kilometrach biegu, zaparkowanych samochodach. To są oczywiście szczegóły, ale przecież właśnie z takich szczegółów składa się impreza biegowa, prawda?

W ubiegłym roku organizatorzy tego półmaratonu zaliczyli poważną wpadkę z organizacją depozytów. W tym roku widocznie lekcje odrobili, bo odbiór mojego worka z depozytu zajął mi dosłownie 2 minuty. Mam nadzieję, że w przyszłym roku Mikołaj Kopernik odzyska swoją czapkę, na mecie będzie woda, a start zostanie zorganizowany sprawniej.

A po biegu...
Po biegu podzieliśmy się swoimi wrażeniami ze startu. My byliśmy zadowoleni z zaprezentowanej formy, Ewa również - zwłaszcza, że nie odezwała się dokuczająca od dłuższego czasu kontuzja.

Mikołajowe dzwonki w rękach, czyli bieg zaliczony :)
Nasza trójka z medalami
Grzegorz, który w weekend sprawdzał, o co biega z tym mikołajkowym biegiem w Toruniu też był zadowolony z wrażeń. Nie tylko z naleśników w "Manekinie", do którego trafiliśmy tuż przed powrotem do Warszawy :) Podsumowując, to był bardzo fajny wyjazd w fajnym składzie. W Toruniu dobrze się bawiliśmy i sportowo daliśmy radę :) Mam nadzieję, że organizatorzy Półmaratonu są otwarci na uwagi biegaczy, bo to w końcu dla nas tworzą to wydarzenie. Liczę mocno, że w przyszłym roku ta impreza zostanie zorganizowana jeszcze lepiej niż w 2014 roku.

A Wy startowaliście w Toruniu w tym roku? W poprzednich? Jakie są Wasze wrażenia z tego Półmaratonu?

Rozmowa

  1. "Założyliśmy, że pobiegniemy na 01:36:00" - to bardzo ciekawe, bo ja o tym nie wiedziałem :D

    OdpowiedzUsuń
  2. ... a jak trasa nie ma atestu i brakuje 300 metrów, to nadal życiówka jest aktualna? :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiedzieliśmy oczywiście, że trasa nie ma atestu, czy brakuje 300 metrów, nie wiem. Poprzednia życiówka Kicława była zdaje się też z Torunia, więc to takie porównanie rok do roku na tak samo nieatestowanej trasie :)

    Tam naprawdę brakuje 300 metrów? Ja tam na moje Endomodno nie patrzę, bo zawsze przekłamuje :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Biegłam również w niedzielę w Toruniu i podzielam Twoje uwagi. Dołożyłabym tylko jeszcze jeden problem - farbujące koszulki i czapki :(

    Ale atmosfera biegu faktycznie niezwykła, fajny widok tysięcy biegaczy na starcie :) Pozdrawiam,
    Iwona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Iwona, dzięki za komentarz. Fakt, nasze też trochę farbowały :( Może po pierwszym praniu przestaną :)

      Usuń
  5. Gratuluję biegu! Świetna relacja :) Zającowanie daje sporo satysfakcji, wiem cos o tym! Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  6. Również gratuluję biegu i relacji!
    Byłem w Toruniu pierwszy raz, tak na zakończenie sezonu. Do mety, co tu dużo mówić, udało mi się doczłapać w okolicy 2h. Niestety na 19 km popsuła się łydka, a na jednej nodze ciężko się biegnie.
    Na plus mogę zapisać świetną atmosferę i możliwość dotlenienia w lesie. Ale były też i minusy, a największym - organizacja na mecie. To, że dostałem medal chyba graniczyło z cudem, tak się kotłowało za finiszem. Worka już nie dostałem, a przydałby się bo nie korzystałem z depozytów i szatni. Nie dopchałem się do żadnych fruktów przewidzianych w pakiecie, więc numer startowy został mi w całości. Za to w zatłoczonej hali udało mi się znaleźć dystrybutory z wodą (i to całkiem za darmo), przy których było w miarę pusto.
    Pozdrawiam,
    Paweł

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Paweł! Gratulacje! Szacun, że w ogóle dałeś radę na tej jednej nodze pokonać 2 kilometry, to na pewno nie było łatwe. Na pewno trasa nie sprzyjała szybkiemu bieganiu, na tych leśnych ścieżkach łatwo było o kontuzję. Myślę, że bałagan organizacyjny wynika z tego, że warunki są niewystarczające na 3000+ biegaczy. Stąd tłok na pierwszych kilometrach i zamieszanie na mecie. Może gdyby limit uczestników był ustawiony na poziomie 2000-2500 tysiąca osób nasze wrażenia byłyby inne? Na pewno ogromnym plusem tego półmaratonu jest atmosfera, jakby jeszcze był śnieg, byłoby jeszcze bardziej nastrojowo :)

      Usuń
  7. Przy takim wielkim dystansie kilkanaście minut różnicy w gruncie rzeczy nie gra roli - liczy się samo dobiegnięcie do mety i doświadczenie świetnych przeżyć :)

    OdpowiedzUsuń

Idealne miejsce na Twój komentarz!