21. Maratona di Roma: "Długie wybieganie" Wojtka na 03:03:48!

Wojciech Wojciechowski
Dzisiaj na moim blogu gość specjalny. Po tym, co zrobił wczoraj w Rzymie z naciskiem na słowo GOŚĆ. Mowa o Wojciechu Wojciechowskim, który fenomenalnie pobiegł w 21. edycji Maratona di Roma. 

Zapraszam do lektury korespondencji Wojtka z Rzymu. Jego historia jest niezwykła i każe z jeszcze większym uznaniem patrzeć na wynik, który wczoraj nabiegał!

Obserwuję  bieganie Wojtka od dawna i mocno trzymam za niego kciuki. Nie inaczej było wczoraj, gdy śledziłem on-line jego walkę na trasie maratonu. Przyznam szczerze, że bardzo mnie zaskoczył tempem, w którym biegł - w końcu zapowiadał, że w tym roku będzie biegał tylko "turystycznie". 

Okazuje się jednak, że wielkie serce do biegania, które ma Wojtek pociągnęło go do przodu na tej trudnej trasie, mimo uciążliwego deszczu i wiatru. 

Gratuluję wspaniałego osiągnięcia i cieszę się, że możemy rywalizować w maratonie. Jestem przekonany, że Wojtek "ma papiery", aby złamać barierę 3h jeszcze w tym roku. Życzę, aby ten cel zrealizował już 12 kwietnia na trasie Marathon de Paris. Nasze sportowe plany na ten sezon łączą się w jednym punkcie - 25 października 2015 pobiegniemy razem w BWM Frankfurt Marathon.  Cieszę się bardzo na to wspólne bieganie, jeśli ktoś z Was również ma w planach atak na "2" z przodu - zapraszam!

Czas oddać głos mojemu gościowi.


5:15, hotel Viminale w sercu Rzymu. Jak zwykle, gdy następnego dnia mam wyruszyć w męczącą podróż noc jest niespokojna i nie mogę spać, skreślę więc parę zdań o rzymskiej przygodzie biegowej. Fakty są takie: 3h3min48s. Życiówka. 

Wybraliśmy się do Rzymu na wycieczkę, której podmiotem był właśnie udział w 21. Maratona di Roma, ale tylko udział, a nie ustanawianie rekordów życiowych. Żadnych specjalnych przygotowań nie czyniłem, ot taki wypad, którego celem jest zwiedzanie miasta z perspektywy biegacza. 

Przygotowania
Nic. W tym roku, pod wpływem jakichś nieznanych mi czynników, zdecydowałem się na bieganie w zimie w Bieszczadach. Świetna impreza ale okupiłem ją cierpieniem, którego skutki przeżywałem przez kolejne dwa, trzy tygodnie. Kolejny sprawdzian to bieg na 10 km rozegrany 1 marca w Kielcach. Słabiutko. Decyduję więc, że od poniedziałku, 2 marca, rozpoczynam przygotowania, tyle, że ich celem jest przyzwoity start w maratonie w Gdańsku a termin tej imprezy to 17 maja. Rzym oraz Paryż, gdzie też się wybieram w ramach programu „zwiedzanie miasta z perspektywy maratończyka” traktuję więc jako długie wybiegania. 

Wyjazd
Gehenna. W czwartek dowiadujemy się, że nasz lot zaplanowany na piątek nie odbędzie się. Decydujemy się na wyjazd samochodem. Wyruszamy z Kielc w czwartek o 23:00 i o 15:00 następnego dnia jesteśmy na przedmieściach Rzymu gdzie zostawiamy samochód i jedziemy dalej pociągiem. Dziś, gdy piszę tę słowa nie wiem jeszcze czy samochód wciąż stoi na parkingu przed halą dworcową w Monterotondo. 

Piątek i sobota przed startem
W piątek jedziemy odebrać pakiety. Biuro zawodów oddalone jest dość znacznie od centrum ale to jedyna niedogodność. Wszystko odbywa się sprawnie, bezceremonialnie, rzekłbym, że nawet przesadnie chłodno. Po kilku minutach opuszczamy biuro i wracamy do centrum. Sobota to czas odpoczynku i spacerów po mieście. Rzym, mimo, że nie należy do najschludniejszych miast świata potrafi stale urzekać stąd te kilka godzin spędzonych na zwiedzaniu najważniejszych turystycznie miejsc w mieście, ale też cieszenie się smakami włoskiej kuchni, ze szczególnym uwzględnieniem makaronów pod różnymi postaciami to bardzo przyjemny czas. 

Maraton
Pobudka o 6:15. Śniadanie, które na naszą prośbę ale popartą, jak sądzę, apelem kilku jeszcze maratończyków, którzy zatrzymali się w naszym hotelu, przesunięte na 6:30. Wymarsz z hotelu o 7:30. O 7:50 jesteśmy pod Colosseum, gdzie usytuowane jest wejście do strefy dla uczestników biegu. Znów wszystko odbywa się bardzo sprawnie. Toalet nie brakuje, kolejek praktycznie nie ma. Start zaplanowany jest na 8:50. 

Dwa zdania o trasie. Sam start z Fori Imperiali w sąsiedztwie Forum Romanum jest już ogromną nobilitacją dla tej imprezy. Mimo, że pogoda tego dnia była fatalna, bo lał deszcz i trochę wiało czułem się naprawdę wyjątkowo w stojąc na starcie w otoczeniu najbardziej chyba monumentalnych zabytków miasta, u podnóża Kapitolu. Dalej trasa będzie wiodła między innymi przez Ponte Cavour, Via Concilizione, plac Św. Piotra po czym znów na ostatnie 10 km wróci pod Kapitol i Via del Corso zaprowadzi biegaczy na Piazza del Popolo by wrócić na Fori Imperiali przez Piazza di Spagna i Piazza Venezia. Niestety, pogoda nie jest naszym sprzymierzeńcem tego dnia. Od rana jest chłodno, dżdżysto i raczej wietrznie. 

Chwile przed startem 21. Maratona di Roma (fot. iltempo.it)
Start punktualnie o 8:50. Mój bieg rozpoczyna się 40 sekund po strzale startera. Sama organizacja stref startowych, moim zdaniem, zasługuje na najwyższe uznanie. Jak zwykle pierwszy kilometr to lekkie przepychanie i nieco słabszy czas, ale w porównaniu z innymi imprezami o takiej masie uczestników, tutaj jest lepiej. Mam wrażenie, że ci, którzy deklarują, że stać ich na wynik poniżej 3:15:00, a w takiej strefie ja się ustawiłem, naprawdę potrafią to zrobić. Dalej to już tylko mozolne odcinanie kolejnych punktów trasy. Z uwagi na fakt, że przyjechałem tu robić długie wybieganie nie towarzyszą mi żadne emocje. Na drugim kilometrze nachodzi mnie tylko refleksja, że to bardzo niedobrze, że jeszcze tyle kilometrów i czasu muszę spędzić na nogach w deszczu. Biegnę testując różne rzeczy, np. wreszcie zapamiętałem jakie międzyczasy mam osiągać na poszczególnych punktach aby zrealizować plan, choć wcale mi na tym nie zależy podczas tego akurat biegu. 

W tym miejscu muszę wspomnieć, że odkąd zacząłem biegać, powiedzmy nieco szybciej, moim rywalem, o czym o nie wie, jest Tomasz Lis. Zacząłem od tego, że chciałem go pokonać, gdy jego rekord życiowy wynosił 3:12. Gdy to zrobiłem i usadowiłem się na fotelu pod tabliczką 3:10, Pan Tomasz wstąpił do klubu 3:08. Zatem, pomimo, że skończyłem już ze ściganiem się wraz z końcem zeszłego roku, ta jedna rywalizacja pozostała a w konsekwencji jeden cel, zejść poniżej 3:08. Ale ten cel miał być zrealizowany w Gdańsku – 17 maja. Tutaj biegnę nie mając żadnych obciążeń. Wyjdzie co ma wyjść. 

fot. gazzetta.it
Ku mojemu zaskoczeniu, każde 5 km biegnę nieco szybciej, niż planuję a czuję się zupełnie dobrze. Na półmetku jestem po 1h32min i wcale nie jestem jakoś szczególnie zmęczony. Coś w środku mówi mi, że możliwe a nawet prawdopodobne jest to, że zapłacę za to w dalszej części biegu. Osoby, które wybrałem sobie na swoich „pacemakerów” zaczynają słabnąć bo widzę, że ich doganiam ale moje tempo też troszkę słabnie. W tym momencie, pulsometru używam już wyłącznie do kontroli poszczególnych kilometrów bo dystans pomiędzy moim urządzeniem a znacznikami na trasie to różnica rzędu trzystu, czterystu metrów. 

Od 25 kilometra mam dziwne wrażenie, że jestem znacznie szybszy od innych biegaczy. Z łatwością wyprzedzam kolejne grupki, obieram sobie następną za cel, dochodzę do niej, wyprzedzam i znów robię to samo. Czekam na moment, kiedy przyjdzie mi za to wszystko zapłacić. Mam jednak świadomość, że to nie ja przyspieszyłem ale jako jeden z niewielu nie zacząłem tak zdecydowanie zwalniać.
Od 35 km jest wspaniale. Via del Corso, Piazza del Popolo, Piazza di Spagna, mnóstwo kibiców, wspaniała atmosfera. Wiem, już, że Pan Tomasz dziś zostanie pokonany. Wiem, też, że pokonam go bardzo wyraźnie, zaczynam liczyć co musiałbym jeszcze zrobić aby zbliżyć się do Marcina Dulnika. Wiem co to jest ale wiem, że to nierealne, przede mną blisko kilometrowy podbieg w tunelu w kierunku Via Nazionale, gdzieś od 40 do 41 km. To był moment prawdziwej selekcji, coś jak podjazd pod Mount Ventoux w Tour de France. W grupie, w której jestem, a więc biegaczy naprawdę niezłych, wielu z nich idzie, decyduje się iść na 2 kilometry przed metą! To był najtrudniejszy moment wyścigu, myślę, że nie tylko dla mnie. Wreszcie zbieg Via Nazionale, Piazza Venezia i znów Fori Imperiali. Meta. Czas, który mierzę pulsometrem, jak na moje plany, możliwości i wyobrażenia – znakomity. Jeszcze wbiegając na metę słyszę spikera, który stara się przeczytać moje nazwisko ale zrozumiałe jest tylko słowo „Polonia”. 363 miejsce w klasyfikacji generalnej. Przegrałem z 17 kobietami i z 7 Polakami.
Podsumowanie
Dziewczyny, współtowarzyszki „biegowych wycieczek maratońskich” mają również świetne wspomnienia z Rzymu. Karolina uzyskała „życiowy” wynik – 4:14:26, Iwcia, która obecnie biega bardzo mało, ukończyła bieg w czasie 4:50:21. Obie dziewczyny, podobnie jak ja, zwróciliśmy uwagę na sprawną organizację, świetnych kibiców ale i trudności obiektywne wynikające z tego, że pogoda tego dnia była naprawdę nieprzyjemna oraz z faktu, że w Rzymie biega się w znacznej części dystansu po kostce brukowej. Ma to swój urok ale z pewnością jest pewnym utrudnieniem. Wracamy jednak zadowoleni i marzymy o tym aby samochód stał tam gdzie go zostawiliśmy. 

Przyszłość
W ramach „maratońskiej turystyki” wybieramy się, mam nadzieję liczniejszą grupą bo wsparcia temu pomysłowi udzielił już Marcin Dulnik, do Frankfurtu. 25 października, podobno szybka trasa a sam Frankfurt, mimo, że pozbawiony aż tak wspaniałych zabytków również potrafi uwieść. 

Wojciech Wojciechowski

Rozmowa

  1. Wciągający tekst. Naprawdę dobry. Gratulacje za wynik i czekam na fotel z tabliczką 2:59 :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niesamowity start! 03:03 prawie bez przygotowania? Brzmi niewiarygodnie! Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  3. Coś mi się wydaje, że Wojtek niedługo zajmie ten fotel z 2 z przodu :)

    OdpowiedzUsuń
  4. W terminologii piłkarskiej nazywamy to "dniem konia" :) Super bieg, piękny wynik!

    OdpowiedzUsuń
  5. Wojtek pokazałeś charakter i klasę! Brawo brawissimo! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. No ładna historia...ale naprawdę Wojtek nic nie trenowałeś? zupełnie nic? Brakuje mi tutaj trochę więcej danych o treningu. Może mógłbyś Wojtku uzupełnić tutaj w komentarzu takie informacje? Dziękuję! Powodzenia! /Mateusz

    OdpowiedzUsuń
  7. Brawo, brawo, brawo! Czy tylko ja odniosłam wrażenie, że ten sukces nie okupiłeś jakimś strasznym bólem? Przynajmniej nie znalazłam jego śladu w Twoim tekście :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Super relacja! świetny start i rewelacyjny wynik! tak trzymaj Wojtek!

    OdpowiedzUsuń
  9. No Wojtek, ale zacząłeś sezon! Wielkie brawa, ciekawe jak będzie wyglądać dalsza część roku! Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ciekawy wpis. Bardzo mi się spodobał. Muszę się wziąść za jakiś trening. Nie moge sobie pozwolić na takie obrastanie w tłyszcz. Nawet sobie buty do biegania kupiłam na eobuwie.pl. Pieniądze niesety łatwo wydac a z motywacją do treningu nieco gorzej :D Wiosna idzie więc szukam inspiracji na blogach o tematyce sportowe i próbuję nasycić oczy wysportowanymi ciałami, żeby samemu się ruszyć :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Myślałem o starcie w Rzymie, a po tej relacji to już na pewno pobiegne tam za rok. Skoro biega się tam aż tak szybko :) Well done!

    OdpowiedzUsuń

Idealne miejsce na Twój komentarz!