Dwójka poza zasięgiem, ale Budapest Maraton i tak był wspaniały!

Wyjeżdżając do Budapesztu na maraton zapowiadałem walkę o złamanie 3 godzin w maratonie. Wiedziałem, że moje ostatnie starty kontrolne nie wyszły tak, jak chciałem i brakowało mi mocy, którą dysponowałem w pierwszej części tego sezonu.

Chciałem jednak zmierzyć się z tą trójką, zweryfikować formę i pobiec najlepiej, jak potrafię w tym najważniejszym starcie jesieni. 

Moje przygotowania do tego maratonu przebiegały trochę w kratkę. Po mocnym sierpniu, gdy przebiegłem ponad 300km pojawiły się drobne urazy i poważniejszy problem z powięzią mięśni uda lewej nogi. Podobnie jak w zeszłym roku znów wylądowałem u Szymona Warzochy, fizjoterapeuty, którego zabiegi pomogły mi uporać się z kontuzją. Niestety walka z urazem kosztowała mnie jednak sporo czasu i z planu treningowego wypadło sporo ważnych jednostek treningowych. We wrześniu wróciłem do regularnych treningów, czułem się coraz mocniej, ale pech mnie nie opuszczał. Podkręcony staw skokowy podczas startu w Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim uniemożliwił mi wykonanie m.in. 35-kilometrowego wybiegania.

Tuż po feralnym starcie w Grand Prix Warszawy (fot. Jacek Gardener)
Zdecydowałem się w tym roku ponownie pobiec maraton w Budapeszcie z dwóch powodów. Po pierwsze zostałem ambasadorem tej imprezy w Polsce, po drugie...chciałem zmazać plamę z ubiegłorocznego startu w stolicy Węgier, gdy doczłapałem do mety w czasie powyżej 4 godzin. W tym roku to był szybki wypad, popołudniowy lot do Budapesztu w sobotę po południu i powrót zaraz po biegu lotem do Warszawy. Bez zwiedzania i tracenia sił w przeddzień maratonu, co już zdarzało mi się przy wyjazdach m.in. do Berlina, Paryża czy Barcelony. 

Wieczór przed startem spędziłem w towarzystwie Joanny i Moniki, które zaprosiły mnie do siebie na kameralne Pasta Party. Makaron był przepyszny! Naładowany węglami wróciłem do hotelu, aby złapać możliwie najwięcej snu.  Niedzielny poranek zaczął się bardzo szybko, po śniadaniu patrzę na zegarek a tutaj już prawie 8:00!
Sprzęt gotowy!
Pamiętałem doskonale, że na 8:45 umówiłem się na pamiątkowe zdjęcie przed linią startu maratonu z Polakami, których do Budapesztu w tym roku przyjechało ponad trzystu! W ten sposób ustanowiliśmy nowy rekord frekwencji na budapesztańskim maratonie, przyjechało nas prawie dwa razy więcej, niż w ubiegłym roku! W stosunku do 2013 wzrost jeszcze bardziej wyraźny, bo trzykrotny.  Niestety w sobotę nie zdążyłem odebrać pakietu startowego i miałem naprawdę mało czasu, aby zdążyć przed 8:45 zarówno do Biura Zawodów, jak i okolice linii startowej. 

Podróż na Hősök tere, czyli Plac Bohaterów, za którym zlokalizowane było miasteczko maratońskie odbywałem oczywiście metrem, niesamowitą, zabytkową linią M1. Na tej linii kursują wyjątkowo ciasne, małe wagoniki, ale to nic dziwnego, wszak to najstarsza czynna kolej podziemna w kontynentalnej części Europy. 

Linia M1 w Budapeszcie (fot. Wikipedia)
W niedzielę do składu metra, którym jechałem na start nie można było wcisnąć nawet szpilki! Wagonik wypełniały rozmowy biegaczy toczone kilku różnych językach, rzecz jasna również w języku polskim. Tacy przyklejeni do siebie dojechaliśmy do stacji docelowej i stamtąd szybko dostałem się do Biura Zawodów. Odbiór pakietu trwał dosłownie chwilkę, wszystko poszło super sprawnie. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko pognać na start, aby załapać się na pamiątkowe zdjęcie. Gdy dotarłem na miejsce sesja trwała już w najlepsze, jestem pewien, że załapałem się na jakieś zdjęcie. 

Na to zdjęcie się jednak nie załapałem :) fot. Biegiem Radom
Czas, który pozostał do startu wykorzystałem do rozgrzewki oraz krótkiego spotkania z Arpadem Kocsisem, dyrektorem budapesztańskiego maratonu, który był pod wrażeniem tego, jak wielu Polaków przyjechało do stolicy Węgier. Bezbłędną polszczyzną powiedział "Węgier, Polak dwa bratanki" (!) i życzył mi powodzenia trasie maratonu. 

Z Arpadem Kocsisem, dyrektorem SPAR Budapest Marathon
Gotowy do startu!
Od rana w Budapeszcie utrzymywały  się świetne warunki do biegania. Temperatura oscylowała w granicach 12 stopni i padał deszcz, który ustąpił kilka minut przed startem maratonu. Zdecydowałem się pobiec w normalnym stroju startowym, bez dodatkowych warstw, czapki i rękawiczek. Już na rozgrzewce poczułem, że była to słuszna decyzja, bo praktycznie nie odczuwałem chłodu. A może to emocje tak mnie rozgrzały od środka? 

Na 5 minut przed startem wszedłem do strefy startowej oznaczonej numerem 1, w której znaleźli się biegacze planujący bieg w okolicach 3 godzin i szybciej. Po chwili w tej strefie odnalazł mnie mój kolega z Warszawy, Chris, który podobnie jak ja chciał w Budapeszcie złamać magiczną barierę 180 minut w maratonie. Przed startem przybiliśmy piątki i życzyliśmy sobie powodzenia, ale wiedzieliśmy, że nie pobiegniemy razem. Chris wybrał bowiem inną taktykę na ten bieg.  

Punktualnie o godzinie 11:00 (EDIT: 9:30! Nie wiem, co mnie napadło z tą 11:00)  usłyszeliśmy strzał startera i na trasę maratonu ruszyło kilkanaście tysięcy biegaczy, przy czym nieco ponad 7 tysięcy stanowili maratończycy, a resztę uczestnicy innych biegów m.in. biegu na dystansie 30km, sztafety maratońskiej i krótszych.
Maraton wystartował! (foto. futanet.hu)
Mój plan na niedzielę zakładał bieg według taktyki negative split. Skorzystałem z kalkulatora tempa Marco, z którego jasno wynikało, że pierwsze 4 kilometry powinienem pobiec nie szybciej, niż 4:24min/km. Ruszyłem zatem spokojnie i starałem się zachować dyscyplinę taktyczną. Na pierwszym kilometrze spotkałem Pawła Żuka, który zbyt długo ze mną nie zabawił, tylko pobiegł szybko przed siebie. Kolejnym biegaczem, z którym spotkałem się na trasie był Krzysztof Latała, znakomity biegacz, z połamaną już "trójką" na koncie. W Budapeszcie zamierzał pobiec równie szybko. Trochę pobiegaliśmy razem, jego taktyka na ten start również zakładała wolniejszy początek biegu. Można powiedzieć, że te pierwsze kilometry pokonałem we właściwym tempie.  Po 4km miałem zwiększyć tempo do co najmniej do 4:19min/km i trzymać je przez 10 kolejnych kilometrów. To zadanie również mi się udało, chociaż niełatwo było trzymać tempo przy tak wielu zakrętach i nawrotkach, które mocno wytrącały mnie z rytmu. 
Biegacze na Moście Łańcuchowym (fot. futanet.hu)
W tym tunelu było naprawdę ostro z górki (fot. futanet.hu)
Trasa maratonu wiodła nad Dunajem (fot. futanet.hu)
Trasa maratonu nie mogła ominąć Parlamentu (fot. futanet.hu)
Zgodnie z planem dobiegłem na półmetek, gdzie zameldowałem się w czasie 1:30:30, ale dwa kilometry później zaczęły się przysłowiowe "schody". Przyjęły postać mocnego, czołowego wiatru, który utrudniał trzymanie tempa. Walczyłem na trasie, ale czułem, że jednak opadam z sił. Wiedziałem, że nadszedł czas decyzji - czy cisnąć dalej w szybkim tempie, czy jednak wprowadzić plan "B" i zwolnić obroty, aby dotrzeć do mety w dobrej kondycji. Doświadczenie z poprzednich maratonów wzięło jednak górę.
Na trasie 30. SPAR Budapest Marathon
Poczułem, że to nie jest ten dzień, że nie dysponuję siłami, aby nabiegać w tym roku w Budapeszcie upragnione 2:59:59. Od 27. kilometra biegłem już na dużym luzie ciesząc się tym maratonem, miastem, żywiołowo reagującymi kibicami tworzącymi super atmosferę wydarzenia. Kolejne kilometry pokonywałem spokojnie w tempie około 5:30 min/km. Dystans szybko uciekał spod nóg i w końcu zorientowałem się, że nawet nie przyspieszając powinienem osiągnąć mój trzeci w życiu wynik w maratonie, po Barcelonie (03:02:57) i Berlinie (03:14:34). Ostatni kilometr pobiegłem trochę szybciej, ale tempo było dalekie od sprintu. Wciąż dobrze się bawiłem, przybijałem piątki z kibicami i na ostatniej prostej podniosłem wysoko ręce w geście tryumfu. Mój czas netto wyniósł 3:18:40.
Meta coraz bliżej....
...i bliżej....
Meta 30. SPAR Budapest Marathon! (fot. BSI)
Z czego cieszyłem się, skoro wynik był tak daleki od życiówki?  Cieszyłem się z całego sezonu, z tych wszystkich udanych startów, rekordów życiowych, które nabiegałem. Cieszyłem się z tych wszystkich treningów wykonanych samodzielnie i z JacekBiega Running Team, z tych wszystkich małych momentów, z których składa się bieganie - moja wielka pasja. Tak, to był dobry bieg. Tak, to był dobry sezon, którego nigdy nie zapomnę!

A tak wyglądała 30. jubileuszowa edycja SPAR Budapest Marathon w filmowym skrócie:

rövidfilm - 30. SPAR Budapest Maraton® 2015
Éld
Posted by Budapest Maraton® on 14 października 2015

A Budapeszt? To impreza z naprawdę świetnym klimatem, którą polecam każdemu. To międzynarodowy zlot biegaczy, w końcu przyjezdnych biegaczy było ponad 3000 z 80 krajów z całego świata! Polacy wspaniale prezentowali się na trasie maratonu, co chwilę widziałem koszulki z polskimi napisami, wymienialiśmy pozdrowienia, dodawaliśmy sobie animuszu. W tym roku na budapesztańskim maratonie byliśmy trzecią siłą. Więcej od nas było tylko Brytyjczyków i Francuzów. Myślę, że w przyszłym roku mamy szansę powalczyć o palmę pierwszeństwa. 

Jak poszło Chrisowi, Krzyśkowi i Pawłowi, których spotkałem na pierwszych kilometrach maratonu?  Krzysiek nabiegał 3:02:23, Chris 3:06:12, a Paweł 3:11:25! Gratulacje chłopaki!



Rozmowa

  1. Gratulacje! Chociaż maratonu nie przebiegłam to zdaje mi się, że decyzja w 2giej połowie była słuszna i dojrzała :-) Nie jest sztuką rzucić się do przodu na oślep, ale znać siebie na tyle, żeby czasem zdecydować się zwyczajnie nieco zwolnić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Natalia! Otóż to! W końcu to był mój 9. maraton w życiu :) Zdążyłem już na tyle poznać siebie oraz naturę tego dystansu, żeby przewidzieć, co może wydarzyć się na ostatnich kilometrach maratonu. Znam ten ból :) Dlatego postawiłem na radość z biegania, której doświadczyłem w drugiej części dystansu z pełną mocą :)

      Usuń
  2. Gratuluję Marcin! Pokazałeś chłodną głowę i rozsądek. Maraton to zbyt długi dystans, aby go tak po prostu zaplanować i pobiec, bo po drodze moze zdarzyć się wszystko. To trudna sztuka reagować na bieżąco, zwłaszcza jeśli gonisz za marzeniem....

    OdpowiedzUsuń
  3. Mądra decyzja! Gratuluję super biegu!

    OdpowiedzUsuń
  4. Marcinie, gratuluję biegu.
    I decyzji. Bo po prostu rozsądnie zrobiłeś.
    Miałeś do wyboru albo zajechać się i ryzykować przeciążenie, ryzykowną kontuzję i brak satysfakcji. Albo dobiegnięcie w przyjemnym czasie i radość z biegu. Maraton to akurat taki dystans, że mało wybacza i pokory wymaga (a mi się zrymowało :) pozdrowienia serdeczne, Piotr

    OdpowiedzUsuń

Idealne miejsce na Twój komentarz!