Kingrunner, czyli bieganie po planszy

Wszyscy jesteśmy Kingrunnersami! (fot. Kasia Dydo-Rosłoń)
Wiele lat po debiucie w maratonie wczoraj znów stanąłem na starcie królewskiego dystansu jako żółtodziub. To nic, że w stawce przeciwników nie znajdowały się tysiące biegaczy, tylko było nas czworo. To nic, że areną rywalizacji nie był mój ukochany asfalt, tylko plansza gry Kingrunner. Rozgrywka była równie pasjonująca!

Co i rusz z ust uczestników gry padały terminy, które powinny być znane każdemu, kto choć przez chwilę myślał o przebiegnięciu maratonu. Gdyby ktoś niewtajemniczony zajrzałby do klimatycznego lokalu Pook Pasta na Kabatach od razu uznałby, że przy stolikach siedzą ludzie połączeni jedną pasją. I miałby rację!

W Turnieju Blogerów w Kingrunnera, który zorganizował portal PolskaBiega.pl wspólnie z Kingrunnersami wzięło udział 12 osób, które na co dzień biegają i dzielą się swoją pasją z innymi. Towarzystwo mieszane, od biegaczy ulicznych, przez górskich, ultra po fana biegów przeszkodowych. Niezły przekrój społeczności biegowej.

Wpadłem na spotkanie mocno spóźniony, według planu turniejowe Biuro Zawodów było już od 25 minut nieczynne, ale na szczęście przymknięto oko na moją niesubordynację i w moje ręce trafił najprawdziwszy pakiet startowy. Taki z buffem, gazetą Ultra Kingrunner, żelami od Squeezy i prawdziwą perełką, czyli własnym egzemplarzem gry Kingrunner!

Rejestracja zawodników odbywała się naprawdę, służy do tego kajet starannie wypełniany przez Marcina "Rosoła" Rosłonia, jednego Kingrunnersów. Temat teczek teraz modny, to na wszelki wypadek wykonałem zdjęcie listy startowej, a może kiedyś się przyda?
Jest kwit!
Zanim usiedliśmy do rozgrzewkowej partii gry Magda Sołtys, szefowa PolskaBiega.pl zarządziła rundkę, w której uczestnicy spotkania mówili o swoich biegowych doświadczeniach. Gdy przyszła moja kolej wspomniałem o Budapest Marathon i jego szybkiej trasie. Okazało się, że temat wśród blogerów wzbudził niemałe zainteresowanie, jak to mówią, zaczął "żreć". Niektórzy już mogą uczyć się węgierskiego, żeby w październiku na maratonie zadać szyku płynnie wypowiadając "lengyel-magyar két jó barát...."

No ale nic, szybko wszyscy się przedstawili i przyszedł czas na pierwszy kontakt z grą. Nasza 12 osobowa grupa została podzielona na 3 stoliki, po 4 osoby przy każdym. Damian i Magda z PolskaBiega.pl pełnili rolę kibiców i dobrych duchów imprezy, a chłopaki z ekipy Kingrunner  - Mikołaj, Marcin i James byli naszymi przewodnikami po grze. Chrisactive Krzysztof Zaniewski realizował film (strasznie jestem ciekawy jaki będzie), a Kasią Dydo-Rosłoń robiła fotki. 

Rozgrzewkową partię zagrałem z Oswaldem Rodrigo Pereirą, Sandrą Gruszczyńską (Wild For The Run) i Marcelem Mierzickim (Projekt Marcel). Jak śpiewała Anna Jantar "najtrudniejszy pierwszy krok" i faktycznie najwięcej kłopotów mieliśmy z wymianą kart, która odbywa się na początku gry. To moment, gdy zbierasz swój kapitał na cały wyścig. Koniec końców jakoś w ręku każdego z nas znalazło się 18 kart i mogliśmy zaczynać. 

Tak wygląda karta zawodnika w Kingrunnerze
Gra opiera się na kartach zawodników, na których zaznaczone są 3 elementy składowe sukcesu w bieganiu - szybkość, wytrzymałość i psychika. Parametry tych kategorii zmieniają się zależnie od tego, jaką kartą zagrasz lub jaka karta zostanie wyciągnięta jako niespodziewane-spodziewane nieszczęście. Jeśli w dawnych czasach graliście w Eurobiznesy to pewnie pamiętacie, że karta "Szansa" zawierała również dobre zdarzenia. W Kingrunnerze nie licz na litość! Trup ściele się gęsto, a ściana atakuje Cię ze znaną z TV "siłą wodospadu". 


Z drugiej jednak strony cóż takiego bardzo pozytywnego może spotkać Cię na 30 km maratonu? Wiadomo, że trzeba spiąć pośladki i pędzić do mety, tam cierpienie i rozpacz zastępuje duma i radość. Ani dumny, ani radosny nie czułem się jednak po zakończeniu tej treningowej partyjki. Zająłem tak znienawidzone przez sportowców 4. miejsce, a Oswalda i Sandrę na planszy widziałem chyba tylko na starcie. 

Gramy eliminacje (fot. Ola Mądzik)
Uśmiechnięci, bo przed "biegiem" (fot. Ola Mądzik)
Pełen złych przeczuć usiadłem do pierwszej (i ostatniej jak się okazało) oficjalnej turniejowej rozgrywki. Przy stole same znakomitości - mój pogromca z poprzedniej gry - Oswald, zwyciężczyni treningowej partii przy swoim stoliku Ola Mądzik, czyli Pora Na Majora oraz Paweł, czyli KeepRunning.pl. Postanowiłem, że tanio skóry nie sprzedam i od początku starałem się uważnie wybierać karty do gry. Niestety, jak nie idzie to nie idzie! Lepsze karty poszły do innych zawodników, co od razu widać było na planszy. Przez wiele kilometrów prowadziłem samotny pościg za uciekającą trójką maratończyków i na ostatnich 10 km udało mi się dojść Olę. Zwycięzca Paweł i drugi w stawce Oswald byli już poza zasięgiem, ale walczyłem o to trzecie miejsce jak wściekły. Co prawda nic by mi ono nie dało, bo do finału awansował i tak tylko najlepszy gracz, ale co tam - pudło jest pudło!

Wyobraźcie sobie, że ostatnie rozdanie wyglądało tak, że ja i Ola staliśmy naszymi pionkami na ostatnim 42km. Od przekroczenia mety dzielił nas już tylko maleńki kroczek. Dobrałem kartę i...okazało się, że jestem jak ten Filippides! Też czekał mnie marny los, tylko z tą różnicą, że on dotarł do celu, a ja zaległem na 42 km na zawsze. Żadna z trzech kart, którą miałem na ręku nie dawała mi możliwości ruchu. Sam Hitchcock lepiej by tego nie wymyślił!  Wszystkie parametry na mojej karcie zawodnika mieściły się w przedziale 0-1. Kiepsko, bardzo kiepsko. Ola miała więcej szczęścia i po chwili zameldowała się na mecie jako trzecia. Ponownie byłem czwarty, taki los, taka karma. 

Po chwili zaczął się wielki finał, w którym w bezpośrednim pojedynku starli się panowie - Adrian Kwiatkowski (NaDystansie.pl), Jakub Abramczuk (100hrmax.pl), oraz zwycięzca naszej gry Paweł. Rozgrywka była bardzo zacięta, ostatecznie po tytuł zwycięzcy i bon o wartości 300 zł na zakupy w Sklepie Biegowym zgarnął Adi, przed Pawłem i Kubą. 

Tak to było! (fot. PolskaBiega.pl)
A może to jednak my zgarnęliśmy te bony? :) (fot. Ola Mądzik)
Może i wyniki, które osiągnąłem wczoraj nie były rewelacyjne to jednak nie to się tak naprawdę liczy. Naprawdę wartościowy był ten czas, który miałem okazję spędzić w towarzystwie pasjonatów biegania. Czas pełen inspirujących rozmów i dyskusji. Oby w przyszłości było więcej takich okazji do spotkań! 

A jeśli chodzi o Kingrunnera, to nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa i na pewno nie była to moja ostatnia gra. Gratulacje za świetny pomysł i doskonałe wykonanie! Węgierska wersja gry to tylko kwestia czasu :) Polecam gorąco Kingrunnera, ponieważ gra jest interesująca, rozwija wiedzę i świadomość na temat środków treningowych wykorzystywanych w przygotowaniach do maratonu. Uczy również niesfornych biegaczy konsekwencji szarżowania - lepiej ponieść je na planszy, niż na trasie maratonu, prawda?

Rozmowa

  1. Brawo Marcin! Walczyłeś naprawdę dzielnie! Zabrakło szczęścia, tym bardziej że trafiłeś do tzw. grupy śmierci ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moze warto pomyslec o turnieju ???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że warto! Ślij maila na marcin@dulnikbiega.pl, może akurat coś z tego wyjdzie :)

      Usuń
  3. Ja myślę, że byłeś dżentelmenem, dlatego pozwoliłeś mi zająć 3-cie miejsce :-) Ale jakbyś szykował jakąś partyjkę o pakiet na maraton do Budapesztu to pamiętaj o mnie :-) Relacja super!

    OdpowiedzUsuń
  4. Widziałem gdzieś tą grę, miałem kupić, ale jeszcze się powstrzymałem, trzeba będzie wrócić do tego tematu chyba skoro to taka fajna planszówka

    OdpowiedzUsuń

Idealne miejsce na Twój komentarz!