Wiosna wystartowała w Warszawie!

Na trasie Półmaratonu z Tomkiem (fot. Paweł Kowalik)
Wiosna wystartowała w Warszawie! Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się pisać relacji z  biegu z takim opóźnieniem. Miniony tydzień był bardzo pracowity i w końcu znalazłem chwilę, aby podzielić się z Wami swoimi wrażeniami ze startu w 11. PZU Półmaratonie Warszawskim. 

Fundacja Maraton Warszawski od lat promuje połówkę hasłem „Wiosna startuje się w Warszawie!” i naprawdę impreza robiona z takim rozmachem zasługuje na miano tej, która inauguruje sezonu biegowy w Polsce. Na liście startowej ponad 13 tysięcy biegaczy, doskonała pogoda do biegania i całkiem nowa trasa – czego chcieć więcej? 

To zdecydowanie moja ulubiona wiosenna impreza na dystansie półmaratonu, punkt obowiązkowy na liście startów. W ostatnich latach ominęła mnie tylko edycja z 2013 roku, gdy byłem zmuszony odpuścić ten bieg z powodu czekającego mnie startu w maratonie w Paryżu. Łącznie uzbierało się 5 tych moich występów i dlatego w swoim pakiecie startowym znalazłem „Srebrną Odznakę Półmaratonu Warszawskiego”. To było bardzo miłe! Jak dobrze pójdzie, w 2021 roku powinienem otrzymać Złotą Odznakę za 10 startów w warszawskiej połówce.

Ze Srebrną Odznaką Półmaratonu Warszawskiego
Tegoroczny bieg był dla mnie wyjątkowy z 2 powodów. Po pierwsze, inaczej niż w ostatnich latach nie nastawiałem się na ściganie, tylko chciałem pomóc innym w zrealizowaniu ich celów biegowych. Wybrałem czas 1:35, o ponad 10 minut wolniejszy, niż mój rekord życiowy na dystansie 21,097km osiągnięty w ubiegłym roku na półmaratonie w Radomiu. Od początku podkreślałem, że chcę pobiec wg strategii negative split, która oznacza wolniejszy bieg na początku (około 8 sekund wolniej, niż przy biegu w stałym tempie) i stopniowe przyspieszanie (ostatnie kilometry o około 5 sekund szybciej, niż przy stałym tempie). W moim przypadku taka taktyka przynosi sukcesy w biegach na dystansach powyżej 10 km.

Zamiar startu w tym biegu jako prywatny pacemaker na czas 1:35 ogłosiłem kilka miesięcy temu. Na początku zapowiadało się, że zbierze się około 20 osobowa grupa biegaczy celujących w ten czas, ale wraz z upływem kolejnych tygodni malało grono osób zamierzających pobiec ze mną w Warszawie. Najczęściej powodem były problemy zdrowotne, które zrujnowały plany treningowe i zimowe przygotowania do tego startu. Ostatecznie w dniu warszawskiej połówki spodziewałem się, że pobiegnę z 9 osobami, ale prawdopodobnie z powodu przedstartowej gorączki i tłoku w miasteczku biegaczy na i na miejscu zbiórki stawiły się 3 osoby – Tomek, Paweł i Rafał. 

Drugim powodem był mój udział w akcji „Biegam Dobrze”, w ramach której zbierałem środki na podopiecznych Fundacji Dzieci Niczyje. Chciałbym serdecznie podziękować wszystkim, którzy dokonali wpłat na moje konto uczestnika. Razem zebraliśmy 430 złotych i pomogliśmy dzieciakom. Dobrze jest wiedzieć, że mogę na Was liczyć! To dowód na to, że bieganie łączy ludzi.

Z Moniką i Tomkiem, moimi współpartnerami w akcji "Biegam Dobrze" fot. Marek Biczyk
Wracając do biegu chciałbym napisać kilka zdań na temat organizacji półmaratonu. Strefa startowa i meta zostały przeniesione z Placu Piłsudskiego na Plac Trzech Krzyży i było to moim zdaniem nie do końca fortunne posunięcie. Jakkolwiek nowa lokalizacja to salon Warszawy, z reprezentacyjnymi Alejami Ujazdowskimi na czele to jednak Plac z przyległościami ma ograniczoną pojemność. 

Dotkliwie się o tym przekonałem zmierzając z moją grupą na 10 minut przed strzałem startera do strefy na 1:35. Oj zakorkował się chodnik biegnący wzdłuż prostej startowej, nie mówiąc już o wejściach do stref. W tym tłoku zgubił nam się Rafał i ostatecznie słuchaliśmy „Snu o Warszawie” stojąc w ścisku obok trasy. Zorientowałem się, że to odcinek z biegaczami celującymi w 1:45 i już wiedziałem, że na pierwszych kilometrach czeka nas walka o dogonienie szybciej biegnących zawodników. W końcu przekroczyliśmy linię startu i było dokładnie tak jak myślałem, albo nawet gorzej. Na trasie przez pierwsze 8-9km było niesamowicie ciasno.

Tłok na trasie 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego (fot. FotoMaraton.pl)
Powiśle, a na trasie wciąż całkiem ciasno (fot. FotoMaraton.pl)
Oznaczało to dla nas kompletną zmianę w planach dotyczących strategii, zamiast wolniejszego, bardziej komfortowego biegu mieliśmy serię intensywnych interwałów na odcinkach, gdzie można było trochę przyśpieszyć. Takiego niekomfortowego biegu nie wytrzymał Paweł, który odpadł ode mnie i Tomka przed 10km. Jak się okazało, zdołał uspokoić tempo biegu i nawet samotnie powrócił do taktyki, którą zakładaliśmy przed startem.

Most Świętokrzyski za nami! fot. FotoMaraton.pl
Drugą połowę dystansu pokonałem wspólnie z Tomkiem, dla którego start w 11. PZU Półmaratonie Warszawskim był jego debiutem na dystansie 21,097km. W pierwszej połowie dystansu radził sobie świetnie i dobrze znosił interwałowy charakter biegu, ale około 15km okazało się, że kosztowało go to chyba trochę za dużo sił. W ogóle od samego początku musieliśmy odrabiać straty z pierwszych kilometrów biegu. Jednak systematycznie kontrolowałem międzyczasy i widziałem, że cały czas mieliśmy spore szanse na dotarcie do mety w 1:35. Zgodnie z rozpiską powinniśmy zameldować się na 15km w 1:08:03 a na tym punkcie kontrolnym byliśmy w czasie 1:08:33. Teraz wystarczyło już tylko zwiększyć tempo do 4:25min/km i cel zostałby zrealizowany. Niestety właśnie wtedy okazało się, że Tomek zaczął opadać z sił i nie było mowy o przyśpieszeniu. 

Postanowiłem dostosować się do jego możliwości i dalej biegliśmy w tempie w granicach 4:45min/km. Nieubłaganie zbliżał się podbieg na Belwederskiej, który stanowił ostatnią przeprawę przed fantastycznym finiszem Alejami Ujazdowskimi. Byłem ciekaw, jak Tomek zniesie te 400 metrów ostro w górę. Nakazałem mu skrócenie kroku, mocną pracę rąk i naprawdę w przyzwoitym tempie wspinaliśmy się na szczyt podbiegu.

Tuż po podbiegu pod Belwederską (fot. FotoMaraton.pl)
Do mety już bardzo blisko! (fot. Tomasz Kłosek)
Schody zaczęły się jednak na ostatniej prostej. Pojawiło się ogromne zmęczenie i chyba tylko brama mety widoczna z daleka oraz moje okrzyki sprawiały, że Tomek nie zwalniał na tym 20 kilometrze. W samej końcówce nawet trochę przyspieszyliśmy, ale widać było, że biegnie już tylko głową. Gdy od mety dzieliło nas może 20 metrów mój kolega osunął się na nogach i ostatecznie konieczna była pomoc ratowników medycznych. Nie zmienia to jednak faktu, że Tomek pobiegł w debiucie naprawdę wspaniale. Zważywszy na problemy na pierwszych kilometrach biegu jego półmaratoński debiut wypadł okazale. Czas 1:38 to wynik, na jaki wielu biegaczy, łącznie z piszącym te słowa osiąga po wielu próbach. Pokazał hart ducha i waleczność, przezwyciężył na trasie kryzysy i dał z siebie wszystko. Trzymam za niego mocno kciuki! Tak jak pisałem wcześniej Pawłowi, z którym biegliśmy w pierwszej połowie dystansu udało się unormować tempo i nabiegał w niedzielę czas 1:38:45. 

To był świetny bieg, który zapamiętam na długo. Żałuję, że nie udało nam się wystartować z właściwej strefy i zrealizować w pełni taktyki. Myślę, że Tomek i Paweł mieliby wówczas o spore szanse, aby nabiegać jeszcze lepsze czasy. Można narzekać na tłumy i ścisk, ale….to w końcu jedna z najbardziej popularnych połówek w kraju, na którą do Warszawy zjeżdżają biegacze z całej Polski. To również tworzy atmosferę tej imprezy i daje poczucie radości z rozpoczynającego się sezonu. Jeśli chodzi o niedociągnięcia organizatorzy z pewnością zebrali całą masę opinii uczestników i w przyszłym roku Półmaraton Warszawski wypadnie jeszcze wspanialej.

W tym sezonie energii dodaje mi kolor pomarańczowy (fot. Tomasz Kłosek)
Tylko spokojnie! Jeszcze cały sezon przed nami! (fot. Tomasz Kłosek)
Co zrobić z tak rozpoczętym sezonem? Biegać, biegać, biegać! Staram się utrzymać rytm treningowy, chociaż nie jest to łatwe. Mimo to czuję, że jestem w niezłej dyspozycji, co pokazał m.in. mój start w XXXVI Półmaratonie Wiązowskim na 1:28:02. Przede mną 24 kwietnia jeszcze bieg OSHEE na dystansie 10km a później najważniejszy start na wiosnę….maraton! A konkretniej – Volkswagen Prague Marathon 2016, który odbędzie się 8 maja. Trzymajcie kciuki!

Rozmowa

  1. Nie zwalaj na tłok i ścisk, po prostu znów się nie mogłeś nagadać ze znajomymi i się spóźniłeś na start :)))))

    OdpowiedzUsuń
  2. Wynika relacji że doprowadzileś debiutanta do zjazdu i całkowitego wyczerpania. Wydaje mi się że nie będę osamotniony w twierdzeniu że wykazałeś się brakiem wyczucia i odpowiedzialności ,mam nadzieję ze nie skończyło się to dla Tomka kłopotami zdrowotnym.
    pozdrawiam
    m

    OdpowiedzUsuń
  3. "Gdy od mety dzieliło nas może 20 metrów mój kolega osunął się na nogach i ostatecznie konieczna była pomoc ratowników medycznych"

    przekroczył linie na noszach?

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie na noszach, ale pomoc ratowników była potrzebna. Zarzucasz nieodpowiedzialność i brak wyczucia a nie znasz faktów. Nie forsowałem tempa na 1:35. Od 15km biegliśmy coraz wolniej, dostosowałem się praktycznie do jego możliwości. W strefie mety problemy miał nie tylko Tomek, Belwederska dała się we znaki wielu biegaczom. Dużo siły kosztowało nas wyprzedzanie biegaczy na trasie, ale to bieg na 13 000 ludzi, kto biegł, ten wie jak było tłoczno.

    OdpowiedzUsuń
  5. 400 metrów podbiegu zaliczyliscie w 2min 4 sek ,to nie było wolne tempo tylko bardzo przyzwoite po 19 km.
    Czy poważne kłopoty za linią mety nie swiadczą o zbyt szybkim biegu?

    OdpowiedzUsuń
  6. aj tam dajcie spokój po co te dyskusje xD

    Super hasło: #BiegamDobrze :)

    pozdrawiam
    Robert

    OdpowiedzUsuń

Idealne miejsce na Twój komentarz!