Frankfurt Marathon już za 2 tygodnie!


26. Półmaraton PHILIPS Piła (fot. FotoMaraton.pl)
Dawno mnie tutaj nie było. Przepraszam wszystkich śledzących mojego bloga za tak długą ciszę z mojej strony. Wpadłem jednak w wir pracy oraz rzecz jasna przygotowań do jesiennego maratonu. Mój wybór na padł na 35. Mainova Frankfurt Marathon, w którym wystartuję już za dwa tygodnie! Cel, który stawiam przed sobą na tym maratonie to złamanie bariery 3 godzin. Wierzę, że jest w moim zasięgu, chociaż moje przygotowania do tego biegu były dalekie od planu, który przyjąłem pół roku temu. 

Mój ostatni wpis na blogu dotyczył startu w sztafecie Elektrum Ekiden w Białymstoku, gdzie pobiegłem w jednej drużynie wspólnie z grupą blogerów. W stolicy Podlasia zakończyłem trochę nieudaną dla mnie pod względem biegowym wiosnę. Co prawda i tak nie spodziewałem się, że pobiję jakikolwiek rekord życiowy w pierwszej połowie 2016 roku, ale jednak główny wiosenny start, czyli Volkswagen Prague Marathon kompletnie mi nie wyszedł. Nic nie wyszło z planu biegu na 3:10, a przecież jeszcze w marcu ubiegłego roku pokonałem 42,195m w 3:02:57. Jak wiadomo jednak nic w maratonie nie jest dane raz na zawsze, formę trzeba wypracowywać w pocie czoła od nowa. Tutaj bez wykonania roboty nie ma co liczyć na cud!
Ostatnie chwile przed startem w Pradze (fot. Jan Dzban)
Dlatego zaraz po białostockiej sztafecie wziąłem się mocno do pracy. Postanowiłem skupić się przede wszystkim na treningu, po drodze wpadł jeszcze start w Półmaratonie Radomskiego Czerwca, imprezie do której mam duży sentyment – mam na koncie wszystkie dotychczasowe edycje. W piekącym słońcu trudno było o walkę o dobry czas, dlatego mój czas na mecie był daleki od rekordu życiowego o ponad 10 minut.
Półmaraton Radomskiego Czerwca (fot. Michał Walczewski - maratonypolskie.pl)
Potem nastały długie tygodnie treningów. Sumiennie realizowałem plan nakreślony przez Jacka Gardenera, z którym współpracuję od lat. W miarę możliwości pojawiałem się na zajęciach prowadzonych przez Jacka na Agrykoli.  Postanowiłem, że odpuszczę starty pośrednie, biegi na 5km, 10km. Priorytetem był trening. Zgodnie z moim planem po drodze do Frankfurtu miałem mieć tylko jeden start – w Pile, na dystansie półmaratonu. Bez żadnych przeszkód i problemów trenowałem przez dwa miesiące. Na zajęciach czułem, że noga bardzo fajne się kręci, że forma rośnie.

Ale wtedy przyszedł sierpień i kontuzja. Zaczęło się niewinnie od niewielkiego bólu w mięśniu dwugłowym uda , a skończyło na ostrym bólu mięśnia pośladkowego. Nie sposób było trenować z taką kontuzją, odwiedziłem dwukrotnie fizjoterapeutę, ale niestety nie nastąpiła poprawa. Początkowo czułem spokój i cierpliwie czekałem, aż ból ustąpi, ale gdy po 3 tygodniach podczas startu w Pile ból zabrał mi nadzieję na dobry wynik (na mecie 1:32:35) pomyślałem, że sezon jest dla mnie skończony. Oświadczyłem, że nadszedł czas na #slowsport i zupełnie inne bieganie.
Z Kariną Terzoni (slowsport.blogspot.com) po starcie w 26. Półmaratonie PHILIPS Piła (fot. Jan Dzban)
Wtedy los na mojej drodze postawił Mateusza Chajęckiego z Fizmedu, jednego z najlepszych fizjoterapeutów w Warszawie. O leczniczych właściwościach jego łokcia po mieście krążą legendy! Zajął się moimi mięśniami i po tygodniu wróciłem do treningów. Na początku biegałem na mniejszych obciążeniach, ale dość szybko je zwiększyłem i w drugiej połowie września ćwiczyłem już normalnie.

Z Mateuszem Chajęckim (fot. Katarzyna Daniluk)
Byłem bardzo ciekaw, jak wiele kosztowała mnie przerwa w treningach, ile straciłem z szybkości i wytrzymałości. Wkrótce po wznowieniu treningów na zaproszenie organizatorów pojechałem do Wrocławia, gdzie wziąłem udział w 34. PKO Wrocław Maratonie. Jeszcze przed kontuzją planowałem, że w tym biegu pokonam w ramach treningu mocną 30-stkę, ale z uwagi na świeżo przebytą kontuzję nie było o tym mowy. Poza wszystkim szybkiemu bieganiu nie sprzyjała również pogoda - panował niemiłosierny upał! Ostatecznie we Wrocławiu pobiegłem 19 km - czemu akurat tyle? Tak się złożyło, że ten 19 kilometr trasy wypadał prawie pod naszym hotelem. Uznałem, że to idealny punkt, aby zakończyć trening. Mimo ciężki warunków pogodowych ten bieg bardzo mi się podobał, to była prawdziwa przyjemność pobiegać po Wrocławiu - mieście, w którym się urodziłem!

34. PKO Wrocław Maraton - tyle słońca w całym mieście! (fot. mammoc)
Wciąż jednak potrzebowałem innej imprezy, aby zrealizować sprawdzian przed październikowym Frankfurt Marathon. Co prawda nie planowałem udziału w tegorocznym Budapest Marathon, którego jestem ambasadorem, ale ostatecznie znalazłem się na liście startowej tej imprezy! Szybo uporałem się z zakupem biletów lotniczych i pierwszy, rodzinny wyjazd z Wiktorią w składzie na bieg stał się faktem. Na potrzeby testu formy wybrałem imprezę Coca-Cola Wake Your Body odbywającą się w ramach maratonu budapesztańskiego. Jego uczestnicy biegną po trasie biegu głównego, a start ulokowany jest na znaczniku 12,195km trasy maratonu. Dalej biegniemy już prosto do mety! 

Do Budapesztu pojechałem pełen obaw, chciałem pobiec mocno, ale nie wiedziałem zupełnie na co mnie stać. Uznałem, że nie będę biegł mocno całego dystansu 30km – podzieliłem ten bieg na 2 części – 21,097km oraz resztę. Chciałem pobiec mocno półmaraton, ile sił w nogach, w ramach testu, a resztę sił wykorzystać na kolejne 9km. Jak postanowiłem, tak zrobiłem!

Pobiegłem zupełnie jak nie ja, zamiast przyjąć taktykę negative split ruszyłem mocno od początku i już na początku stało się dla mnie jasne, że do końca będę walczył o utrzymanie tempa. Końcówka oczywiście była słabsza, ale zegar i tak pokazał 1:25:54 – wynik, z którego jestem bardzo zadowolony! Dlaczego? Ano dlatego, że taki czas na połówce pozwala myśleć o złamaniu 3 godzin. To żadna pewność, ledwie mały sygnał, ale dla mnie bardzo ważny czynnik motywacyjny. Ten start wlał we mnie na nowo wiarę, że moje wielkie biegowe marzenie mogę zrealizować jeszcze w tym roku! Nie chcę się oczywiście podpalać, jestem od tego daleki. Ale bez pozytywnego nastawienia głowy trudno myśleć o sukcesie w maratonie.

Nareszcie udany bieg w 2016 roku! (fot. Sylwia Arasiewicz-Dulnik)
Mówią „wiara góry przenosi”, nie bez powodu! Bardzo potrzebowałem takiego startu, którym udowodniłbym sam sobie, że potrafię szybko biegać. Tym bardziej cieszę się, że stało się to w moim ulubionym Budapeszcie. Miejscu, w którym na biegowych ścieżkach wiodło mi się bardzo różnie. Tym razem wróciłem ze stolicy Węgier z tarczą, a przede wszystkim nowymi siłami i zapasem motywacji.

Frankfurt Marathon już za 2 tygodnie! Czy obawiam się tego startu? Nie, raczej jestem ciekawy, jak mój organizm zareaguje po 30-35km, jak na moją postawę na maratonie wpłynie przerwa w treningach. Czy wystarczy mi sił? Czy głowa pozwoli utrzymać tempo do samej mety? Odpowiedź na te pytania poznam już 30 października. Trzymajcie kciuki!

Rozmowa

Idealne miejsce na Twój komentarz!