Sezon bez rekordów życiowych też może być udany


2016 rok już za nami. Kolejny sezon mojego biegania. Kolejny rok wypełniony niezwykłymi przeżyciami na biegowych ścieżkach w Polsce i za granicą. Jaki to był rok? Czy zrealizowałem swoje cele? Zapraszam do lektury krótkiego podsumowania sezonu.

Gdy pod koniec 2015 roku na świat przyszła moja córka Wiktoria już wiedziałem, że zbliżający się sezon będzie inny niż wszystkie dotychczasowe. Przede wszystkim obawiałem się, czy znajdę czas i siły do trenowania z taką samą intensywnością, jak w ubiegłych latach. Kto opiekuje się malutkim dzieckiem (starszym zresztą też) ten wie, ile wymaga to wysiłku i poświęcenia. Szybko okazało się, że dostępne są w zasadzie dwa tzw. „okna czasowe” na trening – wczesne rano, lub późny wieczór/noc, gdy mała dziewczynka pójdzie spać. Przestawiłem się prędko na taki tryb treningowy i przygotowywałem się do czekających mnie startów. 
Moja Wiktoria!
Tradycyjnie zaplanowałem udział w dwóch maratonach w rozdziale wiosna/jesień – pierwszy w majowym maratonie w Pradze, drugi w październiku we Frankfurcie. Wiosenne przygotowania do startu w Czechach odbywały się praktycznie bez większych zakłóceń. Byłem zdrowy i szczęśliwie omijały mnie kontuzje. W Pradze nie chciałem walczyć o złamanie 3h, wiedziałem, że w maju temperatura może być zbyt wysoka na taki bieg, poza tym zimy nie przepracowałem tak mocno, jak w 2015 roku, gdy w Barcelonie sięgnąłem po nowy PB – 03:02:57. Celem na start w Volkswagen Prague Marathon był czas 03:10:00. Chciałem pomóc mojemu klubowemu koledze Piotrkowi ustanowić rekord życiowy. 

W okresie przygotowawczym wystartowałem jako pacemaker na 1:35 PZU Półmaraton Warszawski, a w kwietniu treningowo pobiegliśmy z Piotrkiem 30km podczas ORLEN Warsaw Marathon i z perspektywy czasu żałuję, że tego biegu nie kontynuowaliśmy. Noga jak to się mówi, ładnie podawała, temperatura poniżej 10 stopni, do mety zostało 12km, a ogólna dyspozycja była naprawdę dobra! To był bieg w narastającym tempie, jak na maratonie. Skoro jednak umówiliśmy się, że biegniemy 30km – trzeba było zejść z trasy. Wzięliśmy to za dobry prognostyk przed czekającym nas 8 maja maratonem. 

Z Piotrkiem na Krakowskim Przedmieściu podczas ORLEN Warsaw Marathon (fot. FotoMaraton.pl)
O biegu w Pradze jednak wolałbym jednak jak najszybciej zapomnieć. Upał powyżej 30 stopni szybko odebrał mi siły i mocy wystarczyło tylko na 32km, potem już było tylko wolniej z myślą o tym, aby jak najszybciej dotrzeć do mety. Ostatecznie zameldowałem się tam po 3 godzinach i 25 minutach. Po maratonie w stolicy Czech pojechałem jeszcze do Białegostoku, gdzie wystartowałem w Sztafecie Electrum Ekiden. Stanąłem na czele Czerwonej Drużyny Blogerów, którą tworzyli fantastyczni ludzie zakręceni na punkcie biegania. Była to jedna z imprez organizowanych przez Fundację Białystok Biega - to ekstraklasa na mapie biegów. Jeśli planujecie w 2017 roku pobiec w nowych miejscach koniecznie zerknijcie na www.bialystokbiega.pl i wybierzcie bieg dla siebie!


Wiosenną część sezonu zamknąłem tradycyjnym startem w Półmaratonie Radomskiego Czerwca, gdzie znów zmagaliśmy się z upałem, więc o ściganiu się nie było mowy. 

Po okresie roztrenowania wróciłem do treningów z jeszcze większą mocą. Tym razem oficjalnie ogłosiłem, że będę atakował barierę 3h w maratonie na zawodach we Frankfurcie. Czułem, że jestem w stanie to zrobić, jeśli porządnie przepracuję okres przygotowawczy. Plan jak zwykle rozpisał mi mój trener, Jacek Gardener. Po drodze zaplanowałem jeden start kontrolny, we wrześniu na półmaratonie w Pile, to pozycja obowiązkowa w moim kalendarzu. Z czasem uzupełniłem jeszcze plan o treningowe 30km na wrześniowym PKO Maratonie Wrocław (dziękuję za zaproszenie!) oraz kolejne 30km na październikowym maratonie w Budapeszcie, którego jestem ambasadorem. Start sezonu wypadał 30 października we Frankfurcie. 

Wszystko było pięknie do drugiej połowy sierpnia, gdy odezwał się mięsień dwugłowy uda prawej nogi, a tuż po nim mięsień pośladkowy. Zmniejszyłem obciążenia treningowe, ale ból nie ustąpił, wizyta u fizjoterapeuty również nie rozwiązała problemu. Ostatecznie start w Pile doszedł do skutku, ale wlokąc się obolały do mety setki razy podejmowałem decyzję o zejściu z trasy. O czasie, jaki tam uzyskałem nie ma nawet co wspominać. 

Mój bieg we Wrocławiu oraz w Budapeszcie, nie mówiąc już o Frankfurcie stanął pod wielkim znakiem zapytania. Wtedy los postawił na mojej drodze Mateusza Chajęckiego z Gabinetu Fizmed, który szybko postawił mnie na nogi. 

Co prawda z planowanych 30km we Wrocławiu przetruchtałem tylko 17, ale na dużo większym komforcie niż 21,097 w Pile. Mateusz cały czas pracował nad moimi mięśniami, a ja szykowałem się do startu w stolicy Węgier. Ten bieg miał dać odpowiedź, czy jestem gotowy, aby pobiec poniżej 3h we Frankfurcie. Wybrałem dystans 30km – co ciekawe to oficjalny bieg – zaczęliśmy rywalizację od znacznika 12, 125 km i biegliśmy do mety, gdzie czekały nas nas medale. Ten bieg od początku ułożył się dla mnie bardzo dobrze. Biegłem szybko i pewnie, a moje udo i pośladek zupełnie mi nie przeszkadzały. Uznałem, że pobiegnę na maxa pierwsze 21km, a pozostałe 9 km już wolniej. Półmaraton zamknąłem w nieco powyżej 1:25! To był mój najszybszy bieg w tym sezonie i dobry prognostyk przed startem sezonu. 
Na trasie SPAR Budapest Marathon!
Postanowiłem, że we Frankfurcie spróbuję jednak złamać 3h, mimo wyrwy w przygotowaniach spowodowanej kontuzją. W bojowym nastroju poleciałem do Niemiec, gdzie czekał już mnie mój niezawodny pacemaker – Jacek Będkowski, mój kolega z ASICS Frontrunner Polska. Doskonały biegacz, jeden z najlepszych polskich zawodników sceny ultra. Uwielbiam biegać z Jackiem, ma świetne wyczucie tempa i potrafi doskonale poprowadzić bieg. Nie inaczej było we Frankfurcie! Do 33km szliśmy idealnie na złamanie 3h, potem niestety zabrakło sił, aby utrzymać tempo. Bardzo chciałem walczyć, ale jednak okazało się, że straciłem zbyt wiele treningów. Meta i czas 3:08:56, czyli mój najszybszy maraton w 2016 roku. 

Tuż przed startem we Frankfurcie (fot. Beata Będkowska)
Po maratonie pobiegłem jeszcze tylko raz - w warszawskim Biegu Niepodległości, gdzie poprowadziłem Damiana Bąbola z redakcji PolskaBiega.pl po nowy rekord życiowy. Świetny bieg, piękne przeżycie i ogromna przyjemność wspólnego biegu z takim walczakiem jak Bombi!


Czy to był udany sezon? 
Myślę, że tak! Co prawda bez życiówki, ale za to z całą masą fantastycznych przeżyć i wieloma cennymi lekcjami. Startów było dużo mniej, niż w ubiegłych latach, ale już wiem, że kluczowe jest przygotowanie i koncentracja na głównym celu. Podobnie będę układał plan na 2017 rok. Poza tym poznałem nowych ludzi, nawiązałem nowe partnerstwa, czuję się mocniejszy niż rok temu. Objętościowo kilometraż wyszedł całkiem konkretny - nabiegałem 2289 km, więcej kilometrów pokonałem tylko w 2014 roku.

Tutaj jest najlepsze miejsce, aby podziękować wszystkim moim partnerom, a przede wszystkim firmie ASICS i ekipie ASICS Frontrunner Polska, mojej biegowej rodzinie a także mojemu trenerowi Jackowi Gardenerowi oraz Sylwii Bondarze. Uściski również dla koleżanek i kolegów z klubu JacekBiega Running Team oraz Stowarzyszenia Rembertów Team. Osobne podziękowania kieruję do Mateusza Chajęckiego z Gabinetu Fizmed, którego łokieć uratował mój tyłek (dosłownie!) i biegową jesień. To prawdziwy mag fizjoterapii, cudotwórca, który teraz opiekuje się mną i dba, abym w nowy sezon wszedł na pełnej petardzie.  Wielkie buziaki należą się również moim dziewczynom - Sylwii i Wiktorii.

Co mnie czeka w 2017 roku? 
Znów – 2 maratony! Pierwszy już 12 marca w Barcelonie – to taki bieg, do którego po prostu trzeba wrócić. Drugi – 8 października w Chicago. Będą to maratony numer 12 i 13 w moim życiu. Cel: złamać 3 godziny. 

Trzymajcie kciuki!

Wypowiedzi

Prześlij komentarz

Idealne miejsce na Twój komentarz!