Mój Chicago Marathon

Podczas 40. Bank of America Chicago Marathon miała być walka o złamanie 3 godzin i jej nie zabrakło. Przed biegiem czułem się mocny i porządnie przygotowany, dlatego mocno pobiegłem. Może trochę za mocno, może powinienem podejść do tego startu bardziej zachowawczo i kurczowo trzymać się rozpisanego tempa? Okazało się jednak, że serce i wiara we własne siły znów wzięły górę nad rozsądkiem. Nie wystarczyło mi bowiem sił i energii, aby dotrzeć do mety co najmniej po upływie 2 godzin, 59 minut i 59 sekund od wystrzału startera. Czy żałuję, że 3 godziny znów pozostały nietknięte? Niekoniecznie. To był dobry bieg, znów udowodniłem sam sobie, że wciąż potrafię szybko biegać i umocnił moją wiarę w to, że jestem w stanie osiągnąć ten cel. 

Jak wyglądały moje przygotowania do Chicago Marathon? 
Maraton w Chicago był moim 13. startem na dystansie 42,195km. W 2017 roku postanowiłem jak co roku zmierzyć się z maratonem dwa razy – na wiosnę i na jesieni. Wiosenne przygotowania do startu w Barcelonie kompletnie mi nie wyszły. Dość powiedzieć, że kilometraż wyniósł zaledwie nieco ponad 400 kilometrów, co jak na 3 miesięczne przygotowania przyznacie wygląda dość słabo. Zdecydowałem się zatem jeszcze przed startem w stolicy Katalonii porzucić plan bicia 3 godzin i poprowadziłem wspólnie z Olą Mądzik na 3:30 Damiana Bąbola z redakcji Sport.pl. Cel udało się osiągnąć i maraton był naprawdę wspaniałym przeżyciem, ale postanowiłem, że do jesiennego Bank of America Chicago Marathon przygotuję się o wiele lepiej.
Polska paczka w Barcelonie (fot. Radosław Piasecki)
Potrzebowałem impulsu, jakiegoś bodźca, aby wrócić z nową mocą do treningów. Dlatego zdecydowałem się zakończyć współpracę z trenerem Jackiem Gardenerem, chociaż jestem mu bardzo wdzięczny za te 4 lata wspólnego biegania. To właśnie Jacek przygotował mnie do najlepszego jak dotąd sezonu od początku mojej przygody z bieganiem. W 2015 roku pobiłem swoje rekordy na wszystkich dystansach, wielka w tym zasługa Jacka i planu treningowego, który mi ułożył.
Z Arturem Jabłońskim
Od kwietnia zacząłem współpracę z Arturem Jabłońskim i trenowałem wspólnie z jego zespołem Dream Run. Początek nie był najlepszy, bo już w drugim tygodniu podczas jazdy gokartami przydarzyła mi się kontuzja żeber, która wyłączyła mnie z biegania aż do początku maja. W ten sposób załatwiłem sobie naprawdę bardzo solidne roztrenowanie – nie trenowałem, bo po prostu nie byłem w stanie. Kto miał stłuczone żebro, ten wie jak ból przeszkadza w intensywnym wysiłku. Od początku maja znów ruszyłem z treningami, tym razem już bez przygód.

W tym okresie poza udziałem w PKO Białystok Półmaraton praktycznie nie startowałem, za to w czerwcu nie brakowało już okazji do biegania na zawodach. Praktycznie co weekend co się działo. Byłem na Biegu Sto-nogi w Milanówku, ze StenaLine na Potopie Biegowym w Szwecji, oraz na półmaratonach we Wrocławiu i w Ołomuńcu. Co ciekawe, praktycznie żaden z tych startów nie był na serio. W stolicy Dolnego Śląska i w Czechach byłem zającem odpowiednio na czasy 1:35 i 2:00, a w Szwecji przede wszystkim chodziło o dobrą zabawę. Z uwagi na zawody jednak kilometraż w czerwcu wyszedł nieco niższy, ponieważ wypadło mi kilka dni treningowych.
Od lipca do września postanowiłem skupić się wyłącznie na treningach. Biegałem dużo i mocno, wszystko zgodnie z planem nakreślonym przez Artura. Rósł kilometraż – lipiec 227 km/sierpień 357 km. Szczęśliwie omijały mnie kontuzje, co było również zasługą mojego fizjoterapeuty Mateusza Chajęckego, czyli Dr Łokcia. Wszystkie przygotowania były podporządkowane głównemu celowi, czyli startowi w Chicago.

Po drodze zaplanowałem tylko jeden mocny bieg w zawodach, który wypadł na początku września na Półmaratonie PHILIPS Piła Przed startem czułem się super i liczyłem na dobry wynik w okolicach 1:25, co pozwoliłoby mi z większym spokojem myśleć o łamaniu 3h w USA. Niestety bieg w Pile kompletnie mi nie wyszedł. Zupełnie zawaliłem ten sprawdzian. Czas na mecie - trochę ponad 1:28. Nie zrażałem się tym jednak tylko wciąż mocno pracowałem na treningach.
Ostatnia prosta w Pile (fot. J. Dulny)
Hej, hej tu USA! 
Trzy tygodnie września spędziłem biegając po swoich ścieżkach w Warszawie, ale na ostatnie 7 dni miesiąca przeniosłem się do USA, gdzie szlifowałem formę już do samego startu. W sumie we wrześniu pokonałem 286 kilometrów i wciąż nie czułem zmęczenia czy znużenia treningami. Za to udzielało mi się coraz większe podniecenie i entuzjazm startem w Chicago. Bieganie tam na miejscu było wielką frajdą i sporą odmianą w stosunku do tak dobrze znanych mi tras biegowych w Warszawie.

Już w Chicago pokonałem ponad 100 kilometrów w ramach bezpośredniego przygotowania przed startem, który w kalendarzu wypadł 8 października. Ponieważ do USA poleciałem z całą rodziną wykorzystaliśmy te dwa tygodnie przed biegiem również na zwiedzanie i zakupy, a ja dodatkowo na spotkania z potencjalnymi klientami w Chicago. To niesamowite miasto, bardzo nowoczesne i dynamiczne. Mieliśmy okazję oglądać Chicago m.in. z perspektywy jednego z najwyższych budynków w mieście – John Hancock Center, a konkretnie z jego 94. piętra. Widok zapierał dech w piersiach. Widać było całą panoramę miasta oraz niesamowite jezioro Michigan. Odbyliśmy również rejs statkiem wycieczkowym po rzece i jeziorze. Stamtąd roztaczał się przepiękny widok na całe Downtown! Oczywiście do tego należy doliczyć całą masę kilometrów, jakie pokonaliśmy poruszając się po Chicago. To miasto, które naprawdę warto odwiedzić!

Expo
Zanim wyruszyłem na trasę jubileuszowego 40. Bank of America Chicago Marathon podobnie jak 44 tysiące innych biegaczy odwiedziłem EXPO, które było zlokalizowane w centrum konferencyjnym McCormick Place. Było to bardzo przestronne miejsce, w którym wydawanie pakietów przebiegało niezwykle sprawnie. Najpierw szybka weryfikacja dokumentów, później wydawanie numeru i wreszcie wyprawa na drugi koniec hali po koszulkę. Taki maratoński standard, jeśli chodzi o ruch zawodników. W końcu chodzi o to, żeby każdy przy okazji miał szansę odwiedzić wszystkie stoiska partnerów i sponsorów. A tutaj prym wiódł główny sponsor sprzętowy maratonu, czyli firma Nike. Zajęli największą przestrzeń wystawową w centralnym punkcie hali i oferowali szeroką gamę produktów z kolekcji przygotowanej specjalnie z okazji Chicago Marathon. Każdy z maratończyków w pakiecie znalazł koszulkę techniczną (oczywiście Nike), ale widziałem, że bluzy, topy, singlety i inne koszulki cieszyły się naprawdę sporym zainteresowaniem biegaczy. W rezultacie ustawiła się konkretna kolejka do kasy. Czas oczekiwania umilała im muzyka serwowana przez DJ-a.

Na Expo w Chicago nie zabrakło oczywiście stoiska ASICS, który również zaproponował całą masę atrakcji – można było zbadać swoje stopy w FootID, a także nabyć pamiątkową odzież. W sprzedaży były również najnowsze modele butów ASICS, częściowo znane mi z Polski, chociaż były i takie, które miałem w ręku po raz pierwszy.

Dojazd do McCormick Place organizatorzy rozwiązali wynajmując szkolne autobusy – takie pomarańczowe, jakie pewnie wszyscy znacie z filmów. Fajna sprawa, że można było się takim schoolbusem przejechać. Ostatnie chwile przed startem to już tylko ładowanie węglowodanów i dbanie o to, aby się wyspać i wypocząć.

No to czas na start!
W zasadzie przez cały pobyt w USA mieliśmy przepiękną pogodę. Przywitały nas upały – nawet do 30 kilku stopni. Potem temperatura trochę spadła, ale wciąż każdego dnia było co najmniej 22-33 stopnie Celsjusza. Słoneczne, piękne dni były bardzo miłe podczas pobytu w mieście. Jednak myśląc o starcie w maratonie miałem bardzo dużą nadzieję, że przyjdzie jakieś załamanie pogody, które przyniesie gwałtowne ochłodzenie wraz z opadami. Faktycznie w sobotę przed maratonem pogoda się zmieniła. Praktycznie całe popołudnie i wieczór padał deszcze, zachmurzenie było całkowite. Temperatura spadła o kilka stopni i już zacierałem ręce, że w niedzielę będą super warunki do biegania. O jakże się myliłem! Niestety.

Chicago Marathon startuje naprawdę wcześnie rano. Pierwszy strzał startera zaplanowano już na 7:30. To wtedy na trasę mieli wyruszyć biegacze ze strefy A. Tak się składa, że zostałem przydzielony właśnie do tej grupy, podobnie jak inni, którzy planowali pobiec poniżej 3 godzin i szybciej. Organizatorzy sugerowali, żeby stawić się w miasteczku maratońskim najpóźniej o 5:30. Oznaczało to pobudkę już po godzinie 4:00, aby spokojnie zjeść śniadanie i na spokojnie dotrzeć do Grant Parku.

Wybrałem podróż kolejką (BlueLine) i nie żałowałem. Szybko, sprawnie i bezproblemowo. Krótki spacer ze stacji i punktualnie stawiłem się na miejscu. Przy wejściu do strefy drobiazgowe kontrole. Na teren miasteczka nie wejdziesz z żadnym plecakiem ani torbą. Wszystko musi znajdować się w przeźroczystym worku, który każdy maratończyk otrzymał w pakiecie startowym. Oczywiście kontrola była prowadzona z wykorzystaniem detektora metali itd. Po minięciu bramek wolontariusze i oznakowanie kierują Cię do właściwej strefy w miasteczku. Wszystko opisane jest w czytelny sposób, a wolontariusze udzielają wszystkich niezbędnych informacji. Jest ich mnóstwo, zarówno tutaj, jak w pozostałych miejscach – w strefie startu, na trasie, na mecie. Są praktycznie wszędzie. Znajduje to odzwierciedlenie w liczbach. Według danych organizatora wydarzenie obsługiwało 12 tysięcy wolontariuszy! Wszyscy uśmiechnięci i gotowi do pomocy. Wielki plus dla organizatora za takie wsparcie!

Po godzinie 6:00 wspólnie z innymi zawodnikami oczekującymi na start byliśmy świadkami wspaniałego wschodu słońca nad jeziorem Michigan. Widok był niesamowity, ale to bezchmurne niebo zwiastować dla nas mogło tylko jedno – problemy! O godzinie 7:20, czyli na 10 minut przed startem została zamknięta moja strefa startowa. Na szczęście o tej porze znajdowałem się już wśród biegaczy, którzy już nerwowo przestępowali z nogi na nogę czekając na wystrzał startera. Przed wejściem do strefy zdążyłem nawet zahaczyć o toi-toi – ich liczba była naprawdę duża, organizacja strefy startu była na medal.

Jeśli coś tutaj mi nie pasowało to oprawa startu biegu. Tak naprawdę to z mojej perspektywy jej kompletnie zabrakło. Nie słyszałem muzyki, która nakręcałaby biegaczy do startu, spiker bardziej informował, niż motywował. No i wreszcie ten moment samego startu…Spiker powiedział, że ruszamy za 30 sekund, potem, że za 15 sekund i…ruszyliśmy! Nie było odliczania ostatnich sekund, nie było tony konfetti wystrzelonego w powietrze, nie było muzyki, która powodowałaby ciarki na plecach. Po prostu tak całkiem normalnie ruszyliśmy. Byłem tym kompletnie zaskoczony, w końcu była to 40. jubileuszowa edycja maratonu. A jeszcze jak dodam, że na pierwszych 300-400 metrach nie było kibiców (pewnie względy bezpieczeństwa) to widać, że start był naprawdę „na zimno”.

Zaraz po wystrzale startera pobiegliśmy do krótkiego tunelu. Gdy z niego wybiegliśmy zrobiło się bardzo głośno i żywiołowo! Spotkaliśmy tam naszych kibiców! Tłumy uśmiechniętych ludzi, roześmianych, klaszczących i zagrzewających do walki z dystansem i własnymi słabościami. Ich wsparcie towarzyszyło nam już praktycznie do samej mety! Przed biegiem planowałem, że zacznę wolniej i będę stopniowo podkręcał tempo, aby zachować siły na drugą część dystansu. Niestety od początku miałem problemy z monitorowaniem tempa biegu. Ze względu na wysokie budynki GPS w moim Garminie 630 szalał i trudno było bazować na jego wskazaniach. Jednocześnie ręczne liczenie lapów też było bardzo trudne, ponieważ nie widziałem (przegapiłem?) wielu oznaczeń kilometrów. Owszem, oznaczenia mil widziałem wszystkie, ale z kilometrami nie było już tak różowo.
Zatem biegłem sobie spokojnie, ale już po czasach na 10 i 15km i na półmetku widziałem, że biegnę trochę za szybko. Ok, może nawet nie trochę – 1,5-2 minuty to sporo szybciej, niż zakładał to plan. W tej sytuacji miałem możliwość zwolnić i szukać szansy oszczędzenia sił na końcówkę, albo utrzymać tempo i liczyć na to, że energii wystarczy na cały dystans. Dzisiaj, z perspektywy czasu wiem, że wybór opcji nr 2 nie był właściwy. Ale wtedy tego nie wiedziałem. Czułem się mocny i postanowiłem pobiec mocno. Czułem się znakomicie, nic mi nie dolegało, fizycznie wytrzymywałem ten bieg bardzo dobrze.

Niestety jak wspomniałem kilka akapitów wyżej dzień rozpoczął się od wspaniałego wschodu słońca. Gdy byłem na 25-30 kilometrze owe słońce było już naprawdę wysoko i świeciło bardzo mocno. Na niebie ani jednej chmury. Piękna pogoda, aby się opalać, ale jak na maraton to jednak za gorąco. Stanowczo za gorąco. Zacząłem się gotować. Biegłem w singlecie i spodenkach typu „maratonki” – strój bardzo przewiewny, ale przy takim słońcu nie ma zmiłuj! Do tego doszło jednak zmęczenie dystansem. Na 35 kilometrze zabrakło mi mocy i energii. Mocno zwolniłem tempo i już wiedziałem, że właśnie odjeżdża szansa na złamanie 3 godzin. Nie uderzyłem w żadną ścianę, nie miałem jakiegoś wielkiego kryzysu, po prostu nie byłem w stanie biec szybciej. Wciąż cieszyłem się tym biegiem, tymi niesamowitymi kibicami, trasą.
Właśnie, trasa. Czas na kilka słów na jej temat. Po prostu wspaniała. Bardzo szybka, bardzo komfortowa. Bez nawrotów 180 stopni, bez zwężeń i większych podbiegów. Szeroko i szybko. Bardzo szybko. Naprawdę świetna trasa, aby nabiegać rekord życiowy. Do tego organizacja na medal, zabezpieczenie, obstawienie trasy wolontariuszami i organizacja stref startu i mety. Ta impreza to absolutny światowy top. Nic dziwnego, że Chicago Marathon to jeden z 6 największych maratonów w cyklu World Marathon Majors.

Dobiegłem do mety z czasem 03:05:59 i w ten sposób uzyskałem swój drugi najlepszy wynik na dystansie maratonu. Na mecie wszystko bardzo sprawnie, chociaż na ostatniej prostej brakowało mi trochę kibiców. Względy bezpieczeństwa powodują, że nie ma ich na pierwszych metrach startu i na finiszu. Obie proste wchodzą w obręb miasteczka maratońskiego i dostęp do nich mają wyłącznie zawodnicy i obsługa biegu.
Pamiątkowe zdjęcie na mecie 40. Bank of America Chicago Marathon
A co po maratonie? 
Po maratonie szybko spotkałem się z moimi największymi kibickami. Żoną, córeczką Wiktorią i siostrą mojej żony z córką. Poszliśmy na Michigan Avenue na naleśniki z czekoladą. W pełni zasłużone! Medal miałem zawieszony na szyi, ludzie na ulicy zaczepiali mnie i pytali o wrażenia z maratonu. Niesamowite i niespotykane w Polsce. Tutaj mało kogo to interesuje, raczej dominuje postawa – „znów zablokowałeś mi miasto”. W Chicago spotkałem masę uśmiechniętych ludzi, którzy gratulowali mi ukończenia maratonu. Amerykanie są na pewno bardziej ekstrawertyczni niż Polacy, może stąd bierze się ta różnica?

Jestem wdzięczny losowi i mojej rodzinie, że mogłem pobiec w Chicago i znaleźć się wśród tych 44 tysięcy biegaczy przemierzających ulicami miasta. To było niesamowite przeżycie i prawdziwie maratońskie święto. Dla takich chwil i momentów warto wylewać pot na treningach i walczyć z własnymi słabościami. Kocham bieganie i maratony. Dlatego fakt, że nie złamałem 3 godzin aż tak bardzo mnie nie zasmucił. W końcu to jest tak jak z tym zajączkiem - nie chodzi o to, żeby go złapać, ale żeby gonić go!

Epilog
Już wiem, że 25 lutego 2018 roku pobiegnę w Tokyo Marathon. Czuję się niesamowicie mocno zmotywowany. Już trenuję do tego startu, nie ma czasu do stracenia, to jeden z pierwszych maratonów w roku.

A zatem czas na #RoadToTokyo!

Podsumowanie moich maratońskich startów:

2018 - Tokyo Marathon - ?
2017 - 40. Bank of America Chicago Marathon - 03:05:58
2017 - 39. Zurich Marato Barcelona - 03:30:44
2016 - 35. Mainova Frankfurt Marathon - 03:08:36
2016 - Volkswagen Prague Marathon - 03:25:54
2015 - 30. SPAR Budapest Marathon - 3:18:40
2015 - 37. Zurich Marato Barcelona - 03:02:57 
2014 - 29. SPAR Budapest Maraton - 04:04:48
2014 - 39. Marathon de Paris - 03:21:53
2013 - 40. BMW Berlin Marathon - 03:14:34
2013 - ORLEN Warsaw Marathon - 03:41:42
2012 - 34. Maraton Warszawski - 03:39:16
2012 - 12. Cracovia Maraton - 03:44:53
2011 - 33. Maraton Warszawski - 03:46:45

Wypowiedzi

Prześlij komentarz

Idealne miejsce na Twój komentarz!